sobota, 23 września 2017

Dzień 119: backside 180 podrygi pierwsze


Człowiek nie jest taki, żeby nie spróbować czegoś nowego, więc tym razem BS 180 i klasycznie gwałt na mózgu. Jak się obrócić i nie wywrócić? Dlaczego przednia noga tak bardzo się cofa po dragu? Czy ja w ogóle się odrywam od ziemi? Na te i inne pytanie zamierzam znaleźć odpowiedź już niebawem, a tymczasem do kajecika wpisuję przekręcenie się o 90 stopni - jako nowy unlockowany achievement.

czwartek, 21 września 2017

Dzień 117: FS 180 + Half Cab + ollie przez szczotkę

W ostatnich dniach skupiałam się na kickflipie i heelflipie, przeplatając to próbami frontside ollie w obu wariantach oraz trenując moją psychikę na skokach przez szczotkę. 

Efekt jest taki, że choć do obu flipów jeszcze sporo mi brakuje, niepostrzeżenie zaczęłam się komfortowo czuć podczas frontside ollie - do tego stopnia zresztą, że niekiedy udaje mi się przekręcić prawie w całości, a czasem nawet i odjechać (bo tutaj niestety najczęściej kończy się tak, że po prostu się zatrzymuję, zanim zdążę na dobre ruszyć).

Ale. Ale. Ale. I tak za największe zwycięstwo ostatnich dni uznaję przełamanie się w kwestii przeskakiwania przez szczotkę. I to nawet wtedy, kiedy podnieśliśmy ją na wysokość butelki! Oczywiście droga do tego była usłana cofanymi tylnymi stopami oraz innymi pokracznymi manewrami, ale coś we mnie zwyciężyło i jestem o 15 centymetrów odważniejsza.


PS Umiem też już zrobić ollie na banku w wersji normalnej i fakie. Jaram się i jaram się, bo czemuż by nie.

piątek, 15 września 2017

Dzień 113: "przełom" (jak to ujął Konrad)

Zaczęło się od niemrawych shove itów na Wrocławskiej (na marginesie: póki co nawierzchnia robi irytująco dużą różnicę) oraz próbie wskoczenia z miejsca na minirampę, a skończyło na... katowaniu heelflipa i kickflipa!

To w sumie zabawne, że od zupełnie nieklejącego się ollie przeszłam do zaskakująco dobrze wychodzącego jak na brak doświadczenia prawie-heelflipa. Piszę “prawie”, bo wiele razy udało mi się wylądować na grafice deski, a w kilku przypadkach obrót pewnie nawet doszedłby do końca, niestety za wcześnie spadałam, blokując przekręt deski i tyle z tego. W każdym razie wygląda na to, że prędzej nauczę się kręcić pod sobą deskę i na niej lądować niż wskakiwać na przeszkodę o wysokości 20 centymetrów. Trochę smutno, ale i tak się jaram!

W sprawie kickflipa też postęp, a zarazem cel na następny raz, czyli: wylądować na grafice. Na koniec sesji lało się ze mnie jak po dobrym cardio i to pomimo niskiej temperatury. Lubię!

Dzień 112: deskorolka jest trudna i żmudna


Od kilku dni uprawiam ten sam rytuał, czyli przychodzę na skatepark, zaczynam od prób manuala, potem zaczyna się żmudne młócenie ollie, kiedy już jestem niemal zarżnięta, przestawiam się na szybką porcję shovitów, następnie wjeżdżają próby pop shove it (w miejscu oraz w ruchu), a na koniec - frontside 180. Nie dzieje się nic spektakularnego, ale progres jakby powoli się zakrada.

Z miłych rzeczy do odnotowania: wreszcie po raz pierwszy udał mi się shove it oraz fakie shove it w pierwszej próbie, a fakie frontside shove it - w drugiej! Jestem też chyba całkiem blisko sfinalizowania pop shove it w ruchu. 

niedziela, 10 września 2017

Dzień 108: frontside 180


Zmień kolejność w “108”, a otrzymasz “180”. A konkretnie - frontside 180. 

W ostatnim czasie zupełnie zarzuciłam próby wykonania ollie o 180 stopni na rzecz cyzelowania techniki ollie w wersji “po prostu”. Tym większa zatem moja radość, kiedy dzisiejsze próby frontside 180 w miejscu przyniosły całkiem obiecujące rezultaty. Sporo razy lądowałam gdzieś pomiędzy 90 a 120 stopniami, a w ruchu udało mi się nawet przekręcić równo o 180 stopni i wylądować. Oczywiście zaraz potem spadłam i nabiłam sobie siniak na kolanie, ale to detale.

Podobno sekret leży w dociągnięciu przedniej nogi aż po sam czubek nose’a deski: stopa ma dolecieć do końca, a potem odbić się i wrócić. Podobnie zresztą powinno wyglądać zwyczajne ollie. Zastanawiam się, ile jeszcze takich istotnych detali dane mi będzie poznać na drodze do mistrzostwa. Za każdym razem czuję się tak, jakbym odkrywała sekret wygranej w totolotka i teraz wszystko będzie już inaczej, po czym przychodzi nowy przewrót. I kolejny. I jeszcze raz (a u mnie nadal bieda).

PS Zdecydowanie przystępniejszy na start wydaje się half cab (fakie frontside 180). Bo choć tutaj mam problem z dobrym wybiciem się, lądowanie jak najbardziej leży w zasięgu moich stóp (i nie rąk, bo wcale nie zamierzam się przewracać).

wtorek, 5 września 2017

Dzień 105: pop shove it


Radość to mała dziewczynka, która postanowiła, że dziś nauczy się pop shovita i się jej to udało! Póki co oczywiście mowa o wersji w miejscu i tylko jednej udanej próbie (tuż przed zgaśnięciem świateł na Potockiej), ale umniejszać nie będę. 

poniedziałek, 4 września 2017

Dzień 104: ollie, ollie, ollie...

Co mnie najbardziej kręci w deskorolce? Skoki i grinding. Co jest podstawą tych tricków? Ollie. Co zatem powinnam ćwiczyć w pierwszej kolejności? Proste!

W pewnym momencie złapałam się na tym, że przestaję umieć zrobić porządne (jak na moje umiejętności) ollie, a w dodatku zawsze mam jakąś wymówkę na niećwiczenie go. W rezultacie serwuję niestylową srakę, gdzie może i tylne kółka się podnoszą, ok, ale nie ma draga, nie ma wysokości, a do tego deska nie przykleja się do stóp. W ramach szukania remedium postanowiłam wrócić na chwilę do ćwiczeń w miejscu, a kiedy zabrałam się ponownie za ollie w ruchu, od razu poprawiłam timing, skupiłam się na dragu, zaczęłam wyżej podnosić nogi i teraz z dnia na dzień widać coraz bardziej przypominające prawdziwe ollie efekty.


Tak, nie ma lepszego uczucia niż szybująca wysoko pod nogami deska. Podejrzewam, że przebije to dopiero kickflip.

sobota, 2 września 2017

Dzień 101: shove it na przeszkodzie odhaczony!

Nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałam tak udany dzień. Nie dość, że udało mi się zrobić fakie shove it na przeszkodzie (siadło w miarę szybko, choć próbowałam tricku w tym wariancie po raz pierwszy), to dla dopełnienia podjarki zrobiłam również na tejże przeszkodzie shove it zwykły. Całość zamknęła się w niespełna godzinie, a do tego, uwaga, obyła bez żadnych upadków!

Dzień nie byłby tak epicki, gdyby wieczorem nie dokonał się jeszcze poważny przełom w kwestii manuala. Wygląda na to, że w końcu zrozumiałam, na czym polega balanasowanie na dwóch kółkach, i zaczęłam to faktycznie robić (na przekór poczuciu, że wyglądam jak sraka). Raz udało mi się nawet przejechać przez prawie wszystkie paski na Potockiej!

środa, 30 sierpnia 2017

Dzień 100: luźniejsze trucki

Z okazji deskorolkowej studniówki (niby to niewiele, a z drugiej strony - nie pamiętam już, jak to było, kiedy na desce nie jeździłam w ogóle) postanowiłam wreszcie poluzować nieco trucki. Poza samym wzięciem się za jazdę, wymianą deski na taką z szerszym blatem oraz rozpoczęciem nauk z Konradem była to czwarta spośród najlepszych decyzji, jakie w ciągu ostatnich trzech miesięcy podjęłam byłam w temacie #skateordie.

Co się zmieniło :
- wygodniejsze skręcanie
- obniżony poziom wejścia na wylądowanie tricku
- łatwiejsze wykrętki (!)
- więcej przyjemności z jazdy


A na tablicy pochlebstw ląduje informacja, że po rzeczonej wymianie trucków odważyłam się po raz bardzo pierwszy w życiu na zrobienie dropa BEZ OCHRANIACZY. I pizganie wykrętek na quarterze. I próbowanie 50-50 na Barcelonie. I ani razu się nie przewróciłam. I już sobie stąd idę.

PS Filmik ilustrujący moje pierwsze kroki z dnia bodajże trzeciego:


Dzień 99: shove it na przeszkodzie ciąg dalszy

Spędziłam dobre półtorej godziny, próbując zrobić shove it na piramidzie i odjechać. Szału nie ma, jest za to bilans:

* 2 razy otarłam się tylną nogą o deskę podczas próby lądowania
* 1 raz wylądowałam obiema nogami na desce, ale błyskawicznie straciłam równowagę i upadłam
* mniej więcej w połowie zmodyfikowałam timing obrotu za radą postronnego obserwatora
* nie jest, kurwa, łatwo

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Dzień 97: shove it na przeszkodzie

Robi się poważnie: dziś Konrad zarządził shove it na przeszkodzie! Wszystko już wiem i nawet prawie wszystko wykonuję poprawnie (scoop działa nieco inaczej niż na flacie), pozostaje tylko wylądować tylną nogą. Tylko… Niby głowa by chciała, ale ciało uparcie buntuje się i w ostatniej chwili nogę cofa, bo lądowanie na fakie na desce, która zaraz zacznie zjeżdżać, jest potencjalnie brzemienne w siniaki i opuchnięcia. A jestem już tak blisko! Kilka razy udało mi się otrzeć nogą o deskę i upojną satysfakcję, wciąż jednak brakuje tego ostatecznego impulsu. Klasyczne “chciałabym, ale się boję”. 

A skoro o siniakach i opuchnięciach mowa, po upływie niemal 4 tygodni znowu dupnęłam prawym biodrem o beton. Na szczęście miałam na sobie ochraniacz, a impet poszedł częściowo w łokieć i kostkę, opuchlizna jest zatem mała, a ból do zniesienia. O dziwo, pomimo upadku tego dnia odważyłam się jeszcze na nieporadne próby rock to fakie i choć nie udało mi się przejść od etapu dwóch rąk do ręki jednej (pamiętajmy, że to minirampa na Wrocławskiej), jestem mimo wszystko zadowolona i niestraumatyzowana.

Dzień 96: treściwe półtorej godziny


Na tym etapie wciąż jeszcze wypada mi robić średnie ollie, nie umieć kickflipa i raz trafiać z shovitem, a raz nie, ale na pewno nie wypada już nie umieć manuala. Traktowany od dłuższego po macoszemu trick pozwolił mi dzisiaj nieco się do siebie zbliżyć, kiedy to po upływie obficie zroszonej potem pół godziny zaczęłam desperacko kombinować i jakby coś tam (w swoich mięśniach głębokich) czuć. Ale tak naprawdę nadal wiem, że nic nie umiem, cogito ergo nie ogarniam, ora et wielka frustrora i takie tam.

Dzień 95: kij od szczotki - dalszy ciąg


Dziś poczułam zew, żeby ponownie przetestować skok przez kij od szczotki. Najpierw szło nieźle (czytaj: przynajmniej nie rozrzucałam nóg w trakcie lotu), następnie udało mi się przeskoczyć przez rzeczoną szczotkę kilka razy (bez większego problemu!), potem zaczęłam mieć problemy z utrzymaniem obu nóg na desce po wylądowaniu, a na koniec… coś się zesrało i już nie odesrało aż do końca wieczoru. Słowem, zapadka się zamknęła i tej pani nie obsługujemy. Na otarcie łez ćwiczę shovity, tutaj w końcu zaczyna mi to coraz cześciej wychodzić w pełni prosto.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Dzień 92: Pierwsze ollie przez przeszkodzę


Dzień, w którym przeskoczyłam przez kij od szczotki, wydałam z siebie radosny pisk, a na koniec zainicjowałam próby frontside 180 w ruchu (za radą jednego z obecnych w skateparku skejtów).

Dzień 91: fakie frontside shove it

Sukcesów ciąg dalszy: dziś zaczął mi wreszcie wychodzić fakie frontside shove it! Ba, tak się rozkręciłam, że na koniec zajęć trick udawał mi się prawie w każdej próbie. 
Po drugie, po przeżyciu olśnienia oraz następującego po nim załamania w związku z rock to fakie przemogłam się na tyle, żeby uskuteczniać próby już nie za dwie, a za jedną rękę, i to nawet wtedy, kiedy deska wchodzi głęboko za coping.

A po trzecie, pokonałam uraz po ostatnim bliskim spotkaniu 3 stopnia biodra z betonem i zaczęłam się uczyć wykrętki nollie backside (z okazjonalnie udanym rezultatem). Owocny weekend, zajawka is strong with this one.

Dzień 90: skok na przeszkodę

Ku swojej wielkiej radości i jeszcze większemu zaskoczeniu udało mi się wskoczyć na minirampę z ziemi, czyli zrobić ollie w miejscu (równolegle do wzniesienia), a w konsekwencji znaleźć się 15 centymetrów wyżej oraz dobre 50 centymetrów bardziej do przodu. A teraz pozwolę sobie jeszcze raz się podniecić: WSKOCZYŁAM NA PRZESZKODZĘ, JA PIERDOLĘ!!!

W bonusie przełamałam strach przed acidem dropem z obiektu o wdzięcznej nazwie “Barcelona”. Nie jest jeszcze tak, że udaje mi się wylądować za każdym jednym razem, ale będzie tego co najmniej 6/10.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dzień 88: pomimo niewyspania jest nie najgorzej

Eksperymentowania z frontside 180 ciąg dalszy: dziś zaczynam już lepiej panować nad lądowaniem, pora zatem nauczyć się mocniej przekręcać.


I choć shove it akurat kaprysi, na pociechę udało mi się zrobić wykrętkę wysoko na quarterze w pierwszej próbie, a ponadto w końcu ładnie wylądować (uginając pewnie nogi) po zjechaniu z manual pada. Czas podnieść poprzeczkę i to dosłownie: w weekend przenoszę się na wyższy podest!

Dzień 87: progres z frontside 180


Są takie dni, kiedy nie wychodzi nic, a są - na szczęście (!) - i te, gdy zapadka w głowie robi magiczne “pyk” i nagle udaje się coś nowego. Zrobiłam połowę frontside 180 w miejscu i wylądowałam. Kilka razy! Kluczem jest nieskupianie się na ramionach i myśl przewodnia: “pamiętaj, że chcesz wylądować przekręcona”. Problemem, prócz niepełnego przekrętu, jest póki co fakt, że tylna stopa ląduje za bardzo na tailu, przez co w większości przypadków od razu spadam, ale dziś to zupełnie nie szkodzi, żeby się jarać. Otóż dokonałam poważnej zmiany na swoim mózgu, a to dopiero początek!

Dzień 86: nowe tricki dla Moniki

Garść nowości do wdrażania od Konrada, czyli szybkie podsumowanie:

frontside 180 - było zgodnie z przewidywaniami, czyli kiedy próbuję zarzucać ramiona i się przekręcać, nie robię popa
no-comply 180 - trudność sprawia mi poprawne przekręcenie deski, o zsynchronizowaniu tego ze zdjęciem nogi nawet nie wspominam
heelflip - coś mi mówi, że łatwiej będzie mi się najpierw nauczyć kickflipa, zupełnie nie czaję tego wyrzucania nogi
fakie frontside shove it - tutaj zdecydowanie poszło mi najlepiej, czyli jestem w stanie wykonać trick, trzymając się barierki, parę razy udało mi się również wylądować w ruchu, trzymając Konrada za rękę; niestety samodzielne próby sprowadzają się do tego, że nie ląduję tylną nogą, bo ciało - na przekór mózgowi - upiera się, że wyskoczenie do tyłu i “szukanie deski stopą” jest straszne, w efekcie czego noga nie skacze wcale. Tak czy owak jest w tym tricku coś strasznego i dziwnie pociągającego zarazem, będę go zatem codziennie próbować (katować, testować - i się nie frustrować)!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Dzień 85: 50-50


Nauczyłam się robić właściwe, czyli odpowiednio głębokie 50-50. Pod kątem 90 stopni! NIe ma w tym jeszcze 100% skuteczności, ale wreszcie wiem, na czym polega wskakiwanie truckami na coping. I jest to niezwykle przyjemne!

Dzień 83: tail stall

Rock to fakie, podobnie jak i shove it, to trick, z którym jesteśmy w love hate relationship - z naciskiem na jedno lub drugie w zależności od dnia. Dziś był zdecydowanie dzień miłości. Najpierw poprawiłam swoje shove it, a następnie zrozumiałam empirycznie rock to fakie: nie wjeżdżam w całości na coping, wysuwam deskę spod siebie, a potem ją wyciągam. Niby wszystko jasne, ale kiedy nie robię tego z pomocą obu (!) rąk Konrada, nie potrafię uwolnić deski zza copingu i spadam. 

Tak czy owak czuję przełom, a jeśli do tego dołożyć pierwsze udane próby tail stall (ponownie: za ręce), to naprawdę jestem zadowolona z dzisiejszej lekcji. 

Dzień 82: przepis na upały

Przepis na upały jest prosty: przykręcasz miękkie kółka, zabierasz dużo wody, zakładasz jak najmniej ubrań, a potem jeździsz, gdzie popadnie, i dopóki nie padniesz na ryj.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzień 81: miękkie kółka


Dwa słowa: miękkie kółka! Miękkie kółka zostały dziś zakupione, przykręcone oraz przejeżdżone na Stadionie. Plan jest taki, żeby jeździć więcej po mieście, a potem zmieniać kółka na potrzeby skateparku. Póki co jestem urzeczona komfortem jazdy, a zarazem pełna obaw, czy miękkie nie popsują mojej jazdy na twardych. Tak czy owak - skate or die!

Dzień 80: znowu upały


Zdążyłam się już nauczyć jednego: moja umiejętność zrobienia dobrego ollie jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości temperatury. A że dzisiaj nastał powrót upałów… Za sukces dnia uznaję to, że coraz lepiej dociskam deskę podczas drop ina. Resztę przemilczę.

środa, 9 sierpnia 2017

Dzień 79: skoki przez szczotkę

Ollie wychodzą mi coraz lepiej, a to oznacza jedno: pora w końcu zacząć pracę nad prawdziwymi skokami! 
Próbowałam robić ollie przez kratkę, ale kratka ma jedną podstawową wadę, a właściwie dwie: ja nie widzę, czy ją przeskoczyłam, ona natomiast jest zupełnie płaska, a jak wiadomo, bez wysokości nie ma przyjemności (ani też obsrania i wyzwania). Czas zatem na szczotkę do usuwania wody! 

Kij od rzeczonej szczotki ma kilka centymetrów średnicy i jest na tyle długi, że nie sposób w niego nie trafić. Niby nic i fajnie, bo moje ollie niekiedy sięgają podobno nawet i 20-30 centymetrów, tym niemniej próby przeskoczenia przez przeszkodę przełączają mi zapadkę w mózgu na “danger, danger” i chuj - nic nie idzie jak powinno. 

Problemów jest kilka, pojawiają się w różnych kombinacjach:

1. za późno się wybijam i wjeżdżam w szczotkę
2. wybijam się za wcześnie, więc choć skok jest, to przeskoku nie ma
3. jadę za wolno, a podobno przez to właśnie nie udaje mi się poszybować nad szczotką również tylnymi kółkami
4. jadę za szybko, przez co boję się wylądować i w trakcie ollie po prostu zeskakuję z deski (przy okazji nią flipując)

5. bonusowo - całość wygląda dużo gorzej niż kiedy po prostu próbuję ollie w jeździe, bo wszystko dzieje się szybko i nieskładnie

Dzień 78: dwa małe przełomy


Konrad zwrócił mi uwagę na kilka istotnych detali, które przeszkadzają mi w osiągnięciu satysfakcjonującego poziomu ollie i shovita.

Ollie: 
- za mało przekręcam kostkę do draga w trakcie ollie, przez co deska się nie przykleja
- za bardzo skręcam ramiona, przez co ląduję krzywo

Shovit: 
- źle ustawiam tylną stopę
- niewłaściwie kręcę deską (ma być efekt szurania), w efekcie czego za bardzo ją wyrzucam do przodu, a celem jest pozostanie w tej samej linii
- próbuję lądować obiema stopami jednocześnie, podczas gdy przednia noga powinna spaść pierwsza i wyłapać deskę
- w momencie próby lądowania COFAM PRZEDNIĄ NOGĘ

Wdrażam.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Dzień 77: carving


W końcu zmierzyłam się ze zjazdem spod Stadionu Narodowego. Najpierw od połowy, potem stopniowo wydłużałam start za każdym podejściem o metr-dwa, aż w końcu przejechałam całość i nie wypierdoliłam się ani razu. I podobało mi się! Jest coś hipnotyzującego w sunięciu szybko w dół i balansowaniu z jednej strony na drugą - trochę jakbym unosiła się nad ziemią. Mam też wrażenie, że wyraźnie lepiej poczułam deskę, bardzo jestem ciekawa, czy się to jakkolwiek przełoży na lepsze próby tricków. 

Dzień 76: pumptrack


Pierwsza wizyta na pumptracku odhaczona, choć pumptrack jako taki niestety niezaliczony. Nie umiem się rozpędzić i nie bardzo wiem gdzie zacząć - ale przynajmniej odważyłam się spróbować na oczach pijanego tłumu w sobotnią noc i zrobiłam to bez ochraniaczy, będąc zasadniczo obsraną i nierozgrzaną.

Dzień 75: skok w bok


Przyznaję, temat half-caba leży odłogiem i napawa mnie niezmienną konsternacją, ale czasem krok do przodu wymaga uprzedniego kroku w bok. No to chodzę tam i siam: cyzeluję dropy (ma być huk!), cisnę ollie (czasem udaje się już zrobić właściwy drag, wtedy deska tak przyjemnie się przykleja do stóp), oswajam się z acid dropem tak, żeby docelowo było to po prostu normalne, a ponadto postanowiłam zainwestować więcej energii w nauki frontside kickturn (coś się ruszyło!). I tylko ten pierdolony fakie shove it znowu zaczął mnie wkurwiać, bo przestał się udawać. Da fak?

piątek, 4 sierpnia 2017

Dzień 74: half-cab (czy raczej - jego brak)

Konrad uznał, że to już czas, żeby rozpocząć nauki w kierunku half-caba (fakie frontside 180). Ja sama również do takiego wniosku doszłam zupełnie niezależnie, więc bomba. I zaczęło się...Wystarczy zarzucić ramiona, zrobić ollie, a potem, w razie potrzeby, jeszcze dokręcić. Niestety mnie to przerasta. Gdy tylko zaczynam się skręcać, przestaję być w stanie zrobić pop. Kiedy jestem w stanie zrobić pop, nie umiem się ustawić do skrętu. $@$@#Q%$@#!!!

Zasadniczo zarówno mózg, jak i ciało zupełnie mi głupieją - jak wtedy, kiedy zaczynałam jeździć po raz pierwszy na fakie. Tu jest o tyle gorzej, że trzeba skoordynować dwie dziejące się zupełnie niezależnie rzeczy. Dodatkowo dochodzi lęk przed upadkiem na biodro (nadal się goi) i jakieś takie rozedrganie ogólne, które jest wypadkową sobotniego zderzenia z betonem, niezmiennie napierdalających Afryką upałów oraz PMS.

środa, 2 sierpnia 2017

Dzień 72, 73: gorąco

Jest tak gorąco, że mi się wszystkiego odechciewa. Czuję się jak kawał szkła na kółkach (wielka, niezborna, sztywna i ciężka), który próbuje robić ollie, ale tak naprawdę to się boi, że zaraz spadnie i rozbije się w drobny mak.

I coś tu chyba jest faktycznie na rzeczy, skoro o 19-tej w skateparku nie ma (jeszcze?) nikogo - nawet psa z kulawą hulajnogą. Po dwudziestu kilku minutach walki z samą sobą ogłaszam kapitulację i wracam do domu. Z tak zapraszająco pustego skateparku. Ja!

niedziela, 30 lipca 2017

Dzień 71: w poszukiwaniu straconego morale

Dziś w ramach odtraumatyzowywania się pierwszą część zajęć z Konradem poświęciliśmy na ćwiczenie ollie przez tzw. kratkę. Kratka ściekowa ciągnie się w poprzek skateparku mniej więcej na wysokości większej minirampy, liczy sobie kilkanaście centymetrów szerokości, nie mając przy tym wysokości, i jest nad wyraz wdzięcznym (czytaj: bezpiecznym!) obiektem do przeskakiwania - co też zresztą wielu bywalców Potockiej mimochodem i od niechcenia czyni. 
U mnie oczywiście chcenie jest wielkie, a do tego wcale nie muszę tego robić nonszalancko, ale i tak (a może właśnie dlatego?) stosunek wychodzenia do niewychodzenia plasuje mnie w gronie frajerów.
No dobrze, tak naprawdę to i tak jestem zadowolona, bo przynajmniej kilka razy kratkę faktycznie przeskoczyłam, a jeszcze do niedawna perspektywa poradzenia sobie z płaską przeszkodą kompletnie mnie blokowała. A zatem odnotowuję progres. Przy okazji garść przemyśleń:

- przy większej prędkości ollie nie potrafię się dobrze wybić, ani tym bardziej utrzymać się przy lądowaniu
- nie mogę patrzeć na przeszkodę wprost, muszę ją rejestrować kątem oka, a skupiać się na desce, inaczej ciało źle mi się układa
- największym problemem (poza zbyt niskim skokiem, ale to akurat rozwija się podobno z czasem) jest obecnie drag, nie wiem jak dociągnąć przednią stopę do końca!


Drugą część zajęć poświęciliśmy na przejście ze stania w pozycji 50-50 do zjazdu na minirampie. Na tę chwilę potrafię dokonać tego manewru za rękę (zaczęło się od dwóch), ale na myśl o tym, że miałabym się pokusić o taki zjazd sama, błyskawicznie zastygam. Cóż, wiemy już, nad czym muszę popracować w najbliższym czasie…

Dzień 70: hip hip bang bang

To miał być miły dzień na Wrocławskiej, a skończyło się na niemiłym upadku na prawe biodro. Upadek w zasadzie niespecjalnie mocny, ale i tak wystarczył, żeby przywrócić niemal już nieobecną opuchliznę, wywołać nowy krwiak oraz przejść w tryb bólu większego niż poniedziałkowa frustracja z rana w biurze. I co dalej? Dalej tyle, że kiedy już zeskrobałam się z ziemi i odnalazłam kawałki potłuczonego morale, spróbowałam ów ból doprawiony strachem chociaż trochę rozjeździć - no bo przecież nie wrócę do domu na tarczy, tylko na desce.

Nie było łatwo, nie było ładnie, ba, na tym etapie bałam się już w zasadzie wszystkiego, ale przynajmniej powrót do zwyczajowej formy psychicznej został zainicjowany. Cel na najbliższe dni: przemóc się i zrobić tę wykrętkę, na której poległam (czyli stojąc na przodzie deski, przerzucić tył do przodu "przez plecy").

Dzień 69: na Potockiej pada deszcz


To chyba musi być miłość, kiedy jest piątek wieczór, na zewnątrz ulewa, skatepark na Potockiej w jednej trzeciej zalany i zdecydowanie przeludniony, a Ty ćwiczysz ollie w ruchu w tę i we w tę na kawałku cudem znalezionego suchego betonu, nie mogąc nawet zwyczajnie pojeździć. I tak przez ponad godzinę.

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień 68: wizyta w skateparku na Wrocławskiej

W ramach poszerzania horyzontów zawitałam dziś z Konradem w skateparku na Wrocławskiej. Ma małą powierzchnię, ale za to quarter o wysokości 5 stóp, minirampę prawie tak wysoką jak quarter na Potockiej, ciekawie wyprofilowany bank, trochę inny funbox oraz nawierzchnię przeszkód gładką jak rozsmarowana na naleśniku Nutella. Zasadniczo najpierw byłam obsrana, bo stromo, bo szybko, bo wysoko, wiadomka, ale ostatecznie odważyłam się zrobić drop oraz przeprowadzić wykrętkę na wyższej niż zwykle wysokości (oraz w lepszym stylu!). Słowem radość i duma. 

Co prawda rzeczone wykrętki nadal wychodzą mi koślawo - i to dosłownie: wjeżdżam jedną stroną, a zjeżdżam dobry metr dalej - ale dzisiaj chyba w końcu bardziej poczułam, o co w nich w ogóle chodzi. A chodzi o to, żeby w chwili przekręcania zatrzymać się na chwilę na tylnich kółkach (uczucie jakby się unosiło w powietrzu), a potem na pewniaka opaść na te przednie. Cała trudność polega zatem na odpowiednim odchylaniu się, właściwie wyważonym w czasie i przestrzeni nachyleniu do przodu oraz wierze, że całość nie poskutkuje lądowaniem na biodrze.

PS Wieczorem katowałam dla uzupełnia ollie. Teraz wygląda to mniej więcej tak:


No, bardziej nie wygląda nie wygląda...

wtorek, 25 lipca 2017

Dzień 65: never ending ollie


A zatem sprawa z ollie wygląda tak, że te w miejscu wychodzą mi już całkiem nie najgorzej, ollie w ruchu są niższe, ale pracuję nad dragiem i również niekiedy zaczyna to już jakby wyglądać, natomiast wszelkie próby przeskoczenia czegoś (i mówimy tutaj o zwykłej płaskiej linii) kończą się tym, że kompletnie nie wiem co i kiedy zrobić (więc nie robię). Jakbym nagle o wszystkim zapominała!

niedziela, 23 lipca 2017

Dzień 64: BS 50-50

Przerwa z tytułu skręcenia wyniosła dwa dni, więc w zasadzie można to od biedy uznać za nieco dłuższy rest. I choć pierwszy dzień po przerwie zaczął się lękliwie (żeby nie powiedzieć - traumatycznie), szybko wróciłam do tej samej formy psychofizycznej, odważając się nawet na drop.
Ostatnią pozostałością wypadku jest już tylko pewna niechęć i nieufność do startu z rozbiegu, ale powoli to rozpracowuję, uparcie rozpoczynając każdą sesję od hippie jumpów oraz body varial, które w założeniu mają mnie oswoić z konceptem wskakiwania/zeskakiwania/przeskakiwania/wyskakiwania i ogólnie - dokonywania manewrów pod stopami w trakcie jazdy.
Odnotowuję postępy w następujących sferach:

- wykrętki (wychodzą w zasadzie już prawie zawsze, teraz doszlifowania wymaga wykrętka na minirampie)
- fakie shove it (coraz mniej czasu potrzeba mi na to, żeby wylądować)
- ollie w miejscu (wyżej!)
- ollie w ruchu (zaczyna się tam rysować wreszcie jakiś drag i uniesienie tylnych kółek)
- drop (przestaję się czaić godzinę przed, nie mam już też koszmarnych wizji upadku, po prostu zjeżdżam i elo)

Nowości:

- pierwsze nieśmiałe próby FS kickturn! W tym temacie mam tylko dwa słowa: wieje grobem (sic!)

- BS 50-50 na banku z copingiem, jeszcze w wersji z podjazdem z boku, a nie na wprost, ale ścieżka oraz trucki są już oficjalnie przetarte

czwartek, 20 lipca 2017

Dzień 58: nowa deska i skręcona kostka


Dzisiejszy dzień miał się zacząć od sukcesów w skateparku, a skończyć na odebraniu mojej nowej deseczki. Ostatecznie wyszło tak, że po raz pierwszy w życiu wydupiłam się (boleśnie!) podczas prób manuala (trochę trauma), pierwszy raz od dawna przewróciłam się podczas dropa (wtf?!), a kiedy testowałam na szybko deskę pod blokiem, próbując uskutecznić start z rozbiegu (dlaczego nadal wychodzi mi to pokracznie?!), skręciłam kostkę ($@#!$@!#$%). Wrzucam tutaj zdjęcie ślicznotki i nie złorzeczę dalej.


poniedziałek, 17 lipca 2017

Dzień 57: po prostu fajnie


Piątkowa wizyta w skateparku okazała się być jedną z najlepszych deskowych sesji w ogóle. Dużo znajomych (czytaj: oswojonych) twarzy - ale bez męczącego natężenia - kilka miłych interakcji, sporo dropów (w tym kilka wykrętek), rozwojowy manual, jakieś tam fakie shuvity, a na deser odważyłam się nawet na acid drop z manual pada. Na tym niższym się udał, na tym wyższym niestety zabrakło odwagi do wylądowania, ale i tak za sukces uznaję samo przełamanie się! 

piątek, 14 lipca 2017

Dzień 56: start z rozbiegu

W ramach krótkiej przerwy od skateparkowych emocji wybrałam się na Pole Mokotowskie, żeby niezobowiązująco się poodpychać, a przy okazji poćwiczyć start z rozbiegu i hippie jumpy. Czekam na dzień, kiedy obie te czynności będą dla mnie czymś miłym, prostym i naturalnym, a tymczasem w bonusie udało mi się złapać parę razy dłuższy niż zwykle manual. Lubię!

czwartek, 13 lipca 2017

Dzień 55: drop dead gorgeous

Specjalnie wstałam o godzinę wcześniej niż zwykle, żeby (oby) uniknąć po południu tłumów w skateparku, a wszystko w celu zrobienia dropa i zmycia niesmaku z dnia poprzedniego. Od ostatnich prób (tych jeszcze z Konradem) minęły 3 dni, więc początkowa antycypacja zdążyła się już oczywiście przekształcić w strach. Czy jeszcze w ogóle pamiętam, jak to się robi? A jeśli przechylę się za mało - jak to już wcześniej bywało, gdy upłynęło zbyt wiele dni pomiędzy próbami - a potem będzie boleć jak sam szatan? Może lepiej zaczekać na Konrada i nie kusić losu? Gówno!

Już w drodze na Potocką mam miękko w kolanach i twardo w żołądku i prawie chcę, żeby na miejscu znalazły się dzikie tłumy - wówczas bez wyrzutów będę mogła odpuścić - ale zastaję mało ludzi, mało kałuż, trzeba będzie zatem cisnąć! Trochę podskoków, jakieś przymiarki do manuala (naprawdę widzę postęp!), delikatne wykrętki, zjeżdżam z banka, próbując manuala na piramidzie, ale myślami jestem oczywiście cały czas przy dropie. Mija pół godziny, już czas. Wlazłam na quarter, ustawiłam deskę, serce wali, jest mi słabo. Chłopak obok uśmiecha się, jakby chciał mi dodać otuchy, nieśmiało przyznaję, że trochę się boję, a on już jest po drugiej stronie. No to w końcu i na mnie pora… Rany boskie, nie spodziewałam się takiego rozdygotania i tyle adrenaliny!

Na razie większość zjazdów jest jeszcze dosyć niepewna. Rzadko kiedy ląduję prosto i gładko, mam wrażenie, że za mało dociskam deskę. Ale chyba wreszcie odczarowałam drop na tyle, żeby próbować z Konradem czy bez, przy ludziach czy bez, po przerwie czy bez, więc czekam na tę chwilę, gdy stanie się to dla mnie po prostu naturalne - jak zjazd z banka, który przecież jeszcze kilka tygodni przyprawiał mnie o palpitację (i obite biodro).


Na froncie shove it bez zmian. 

środa, 12 lipca 2017

Dzień 54: fuck you, shove it!

Jeśli wyprawę do skateparku rozpoczynasz od przeorania pozbawionymi ochraniaczy kolanami po betonie (pierdolone gałązki!), to wiedz, że reszta sesji też będzie najprawdopodobniej chujowa. 
Dotarłam na miejsce i zamiast myśleć o tym, że zrobię dropa pomimo strachu i zawstydzenia, niemrawo walczyłam z fakie shuvitami - przegrywając zresztą sromotnie, czyli do zera. Jak to, kurwa, jest, że za każdym razem muszę się uczyć tego tricku zupełnie od nowa, jakby moje ciało w ogóle nie pamiętało, co i jak się tam robi?! 

Na otarcie łez spróbowałam kilka razy wykrętek, na szczęście skuteczność była 100%. Manual (dawno już nietestowany) też jakby lekko poszedł do przodu, ale tutaj akurat istnieje poważne ryzyko życzeniowego projektowania rzeczywistości (sic!). No i tak to.

wtorek, 11 lipca 2017

Dzień 53: pierwszy dzień wyzwania fakie shove it


Zapomniałam ochraniacza na kolano, w skateparku jak zwykle ruch, ja taka niewyspana i bez motywacji, a biodro napierdala… Byłam o krok od przystanku w stronę domu: że niby dzisiaj chyba po prostu odpocznę, a shove it poczeka. Ale w końcu nie poczekałam ja! Zdecydowałam się zajrzeć na parę leniwych prób ollie, a skończyło się na ponad dwóch godzinach katowania. Zrobiłam 10 fakie shove it (zaczynając od frustrująco nieudających się prób przy barierce), raz udało mi się pięknie obrócić o 360* stopni na fakie na piramidzie, a na koniec sprawdziłam, czy nadal potrafię zrobić drop off (co prawda z wysokości krawężnika, ale zbieram się w sobie na więcej!). Zostało udowodnione, że tak. Za każdym razem!

sobota, 8 lipca 2017

Dzień 51: coraz odważniej, ale też - coraz boleśniej

Po obejrzeniu filmiku na temat pokonywania strachu zdecydowałam się na zrobienie dropa z quartera bez progresji (przez “progresję” rozumiem tutaj trzymanie za rękę, a potem asekurację na dole). Z konceptem zjazdu bez wsparcia na rozruch próbowałam się oswoić już od tygodni - z mizernym skutkiem. Cóż, mizernie czy nie, Konrad wyjeżdża jutro na wakacje, a ja przecież nie zostanę na prawie dwa tygodnie sama bez poczucia, że mogę przyjść do skateparku i po prostu z tego cholernego quartera zjechać, więc albo teraz, albo nigdy! 
Stanęłam na górze, ustawiłam deskę, zamarłam. Cofnęłam deskę, usiadłam, w głowie tysiąc myśli, a na dole Konrad woła, że w takim razie pierwszy zjazd za rękę, bo magiczny moment minął i teraz będzie tylko gorzej. Żadnej, kurwa, ręki! Bez dalszego pierdolenia przechylam się, próbując samą siebie przekonać, że przecież potrafię zrobić ten drop, a w razie upadku nie stanie się nic strasznego, i już sunę w dół.
Podczas pierwszej próby zjechałam dosyć niepewnie. Ale już każda kolejna powtórka była jakby ciut łatwiejsza. Nadal oczywiście robi mi się nieswojo, kiedy stoję tam na górze i zaczynam przenosić ciężar na przednią nogę, żeby następnie poczuć ów straszno-cudowny moment spadania, tym niemniej jest to taka swoista nieswojość oswojona. Na filmiku jedna z prób: niestety wykrętka udała się tylko dwa razy i żaden z nich nie został akurat uwieczniony, ale przynajmniej bank jest już ostatecznie odczarowany.



Pozostałe rzeczy odnotowania godne:
- spróbowałam zrobić rock to fakie od razu bez wsparcia (i w ogóle - bez wsparcia po raz pierwszy): manewr zakończył się koszmarnie bolesnym obiciem prawego biodra, zaprzestaniem dalszych działań na minirampie oraz niesmakiem ogólnym, ale - odważyłam się!

- body varial na piramidzie, czad! Ba, tutaj pokusiłam się nawet o symulację ewentualnego upadku (dla kurażu) i to naprawdę pomogło. Ja w ogóle nadal jeszcze nie czuję lądowania na desce w ruchu, więc każde takie ćwiczenie wywołuje we mnie panikę i nadzieję jednocześnie: bo chyba kiedyś w końcu to poczuję?

- zjeżdżanie z krawężnika: wczoraj nie udało się ani razu, dzisiaj po kilku missclickach wychodziło już w każdej próbie. Stawiam na body variale jako czynnik przeważający.

- przejazd łukiem przez bank: w czwartek nie mogłam sobie poradzić również i z tym (wydawałoby się) prostym manewrem, ale upór robi swoje


- za chuja pana nie mogłam dzisiaj zrobić fakie shove it i krew mnie zalewa i jest mi smutno i źle i DLACZEGO?!!!

piątek, 7 lipca 2017

Dzień 50: copingu ciąg dalszy

Dzień 50 upływa pod hasłem “przełamywanie strachu: level hard”. Dzieją się dwie ważne rzeczy: po pierwsze, udaje mi się zjechać na fakie z ulubionego przez moje biodra banku, i to przejeżdżając przez górną krawędź. Robię chyba z 7 podejść (a właściwie - zeskoków z deski w kluczowym momencie), zanim w końcu się przełamuję, ale kiedy już się odważam, sam zjazd okazuje się nie być taki straszny, a już na pewno znacznie przyjaźniejszy niż rock to fakie.
Po drugie, chyba wreszcie zaczynam rzeczone rock to fakie kumać nie tylko głową, ale też ciałem. Mówię “chyba”, bo tak naprawdę testem ostatecznym będzie zrobienie tego bez stojącego obok Konrada. Tym niemniej bilans wygląda tak, że po młóceniu tego przez prawie 20 minut w formule “najpierw za rekę do podjazdu, potem za rekę do zjazdu, potem łapanie się Konrada tylko w chwili utraty równowagi, a na końcu już po prostu sama” poczułam się pewniej, zaczęłam zjeżdżać bardziej równo (tracąc mniej prędkości), a do tego coraz częściej udaje mi się złapać równowagę nawet wtedy, gdy na chwilę ją tracę w momencie przejechania przez coping. Przełom?

Na zakończenie zaczęłam pisać, czego się boję w związku z dniem jutrzejszym, ale po namyśle skasowałam - przecież ogarnę!

czwartek, 6 lipca 2017

Dzień 49: coping with coping

Ostatnie dwa wieczory spędziłam w skateparku, schowana w kąciku, w opcji “przyczajone ollie, ukryty shove it”. Mój poziom pewności siebie, a co za tym idzie - także i determinacji - jest niestety odwrotnie proporcjonalny do liczby przebywających tam osób, kiedy więc okazuje się, że stado skejtów zapierdala tam i z powrotem, cisnąc tricki, ja po prostu nie mam śmiałości, żeby na część z przeszkodami choćby się przemieścić. O wjeździe na którąś z nich nie wspominając. Podskakuję na desce jak smutna pizda w okolicach minirampy, której i tak nikt nie używa, a potem robi się późno, więc nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do domu. I się na siebie wkurwić, a potem spróbować się przekonać, że przecież zrobiłam jakiś mikro progres chuj-wie-w-czym.

Dziś mogłam to wreszcie odreagować. Dwie godziny z Konradem w niemal pustym parku w środku dnia! Zaczęło się dobrze: w końcu załapałam, na czym polega wykrętka na flacie przy większej prędkości, potem wykrętka na quarterze na większej wysokości (i przy większej prędkości podjazdu) niż wcześniej, a następnie udało mi się wjechać na krawężnik metodą “unieś przednie kółka, unieś tylne kółka”. W tym momencie przechodzimy na wzgardzoną przez wszystkich minirampę (a właściwie wzgardzoną dlaczego?) i niestety dobra passa się kończy. Robię dropy, ale sekretnie trochę sram w gacie, robię rock to fakie (za rękę), ale ląduję jakoś krzywo i sram w gacie jeszcze bardziej, a kiedy w końcu umawiamy się na próbę bez ręki (to jest: ręka tylko w razie potrzeby), tracę równowagę i moje prawe biodro wespół z barkiem zaliczają bliskie spotkanie trzeciego stopnia z drewnianym podłożem (w tej sytuacji wielkiej różnicy, że to nie beton, to nie robi). Spotkanie było fest: minęło już 8 godzin od upadku, a bark podczas prób poruszania nim nadal boli niehumanitarnie.


I co teraz? Bezpośrednio po upadku czułam się straumatyzowana, teraz - w sumie nie wiem. Na pewno znacznie już puściło, ale nadal, kiedy tylko przypomnę sobie to uczucie niepewności pod nogami w chwili wjazdu na coping, robi mi się jakby gugu w środku. No i boję się kolejnych mocnych upadków… Jutro będziemy dożynki na minirampie kontynuować, wtedy zatem tak naprawdę okaże się w pełni co i jak. A tymczasem reset głowy i bierzemy się w garść.

wtorek, 4 lipca 2017

Dzień 46: 360 fakie kick turn

Dzisiejsza nowość od Konrada to 360 fakie kick turn. W rozbiciu na dwie części manewr wchodzi bez problemu, jednakowoż celem jest tu oczywiście jeden płynny ruch. Ku swojemu niedowierzaniu dwa razy udało mi się tak wykręcić deskę, żeby poczuć moc pełnego obrotu, choć niestety nie utrzymałam się już podczas samego zjazdu po. Trudność: podnieść deskorolkę na tyle nisko, żeby nie zahaczyć tailem, a na tyle wysoko, żeby w ogóle przeprowadzić cały obrót.


Na zakończenie uskuteczniłam również pierwsze próby hippie jump. Ewidentnie mam problemy z lądowaniem na jadącej desce, co zresztą potwierdza się również przy shove it, a nawet - biegnącym starcie. Spadam i w ogóle nie mam kontroli, sklejka błyskawicznie ucieka mi spod nóg albo po prostu w poczuciu nierównowagi spadam z niej ja. Lądowanie na prostym łokciu (ała!) tym bardziej nie poprawia sytuacji. 

niedziela, 2 lipca 2017

Dzień 45: sąsiad nie lubi deskorolki

Po raz pierwszy w życiu zostałam (nie)grzecznie poproszona o zaprzestanie czynienia hałasów na osiedlowym chodniku w imię tego, że jazda na deskorolce to “miła zabawa”, ale sąsiad “musi się wyspać”. W pierwszym odruchu miałam oczywiście silną i infantylną ochotę się zbuntować, ale wyszło na to, że po prostu przeniosłam swoje jestestwo (oraz domniemane hałasy) w inne miejsce. Bo taka jestem wychowana i przystosowana. A ponieważ w każdej chwili mógł mi wyskoczyć z argumentem spania/telewizji oglądania/modlitwy wieczornej ktoś inny, popróbowałam jeszcze przez kilkanaście minut ollie oraz start z rozbiegu (z którym wciąż mam problemy), a potem poszłam potulnie do domu.

Podsumowując, plan na dzisiejsze nauki był taki, żeby podnosić tylną nogę - już bez podpórki - i to się na szczęście jako tako udało. Kolejnym etapem jest ćwiczenie wyższego podbicia oraz drag. Zamieszczam tutaj nagranie dzisiejszej reprezentatywnej próby w wersji bardzo slow motion - tak żeby w ogóle można było zarejestrować moment podniesienia tylnich kółek. Jednocześnie uznaję to za punkt wyjścia do dokumentowania progresu. Cóż, przynajmniej niżej już nie będzie!




sobota, 1 lipca 2017

Dzień 44: wybijanie tylnej nogi do ollie

Problem: wylądowałam pod Krakowem na weselu, jeździć zupełnie nie ma jak i gdzie. 

Rozwiązanie: urwałam się z wesela wcześniej i przez godzinę trenowałam wybijanie tylnej nogi do ollie w garażu ojca (póki co jeszcze się podpierając). Ogłaszam mały przełom! Teraz jeszcze tylko podskoczyć wyżej, ogarnąć drag i zrobić to wszystko bez podparcia. Easy?


piątek, 30 czerwca 2017

Dzień 43: pumptruck

Strefa komfortu jest miła, wygodna, bezpieczna, do porzygu nudna, a im dalej w starość, tym trudniej się stamtąd wydostać choćby na chwilę. Więc biorę deskę i nagle ląduję gdzieś poza, tam gdzie serce napierdala, ciało zastyga, a w myślach pulsuje jedynie: “boję się jak ja pierdolę”. To najstraszniejszy i najwspanialszy moment jednocześnie, czarna euforia, czyste elan vital. 
Tym razem dobre 10 minut zajęło mi zebranie się w sobie na tyle, żeby odważyć się na zjazd po torze do pompowania w Hangarze 646. Niby chcę, niby wiem, że jestem w stanie zjechać i nie umrzeć, a potem będę się z tego ekstatycznie śmiać, ale tu i teraz nogi nie potrafią się ruszyć choćby i o przysłowiowe 16 centymetrów. 
Godzę się z myślą, że tym razem odpuszczę i to też będzie ok, bo czasem odpuścić można, ale wtedy przychodzi ożywcze wkurwienie. Jakie ok?! Bierzesz wdech, odpychasz się i najwyżej po raz kolejny się przewrócisz, noł bigi! 
Za pierwszym razem zjeżdżam kawałek i zeskakuję: jest za szybko, nie ogarniam! Za drugim razem docieram dalej, ale impet zrzuca mnie z deski sam. W trakcie trzeciej próby pokonuję cały początkowy łuk, zaczyna mi się to jakby podobać, tym niemniej wciąż jeszcze wymiękam tuż po podjeździe. Pół godziny później i już myślę tylko o tym, jak by tu się rozpędzić na maksa, a potem przejechać jak najdłuższy odcinek na fakie, bo nie ma nic lepszego na świecie niż zamienić przerażenie w zajawkę!


PS Jaram się muldami.


czwartek, 29 czerwca 2017

Dzień 42: wykrętka na minirampie

Dlaczego wykrętka na minirampie wydaje się działać zupełnie inaczej niż wykrętka na quarterze? I nagle wszystko trzeba robić 2 razy szybciej, przy czym oczywiście okazuje się, że istnieje coś takiego jak "za szybko" i to jest jeszcze gorsze?

Problemy, z którymi się aktualnie borykam:
- przekręcam się za szybko
- przekręcam się za wolno
- przekręcam się za wcześnie
- za wcześnie przekręcam ramiona
- w ogóle nie przekręcam ramion
- zostaję za bardzo z tyłu
- za bardzo się pochylam do przodu
- nie patrzę na deskę, tylko gdzieś przed siebie
- nie schodzę wystarczająco nisko na nogach
- w momencie zjeżdżania zaczynają łączyć mi się nogi
- ruch ciała nie jest skoordynowany z ruchem deski
- utykam w połowie obrotu i asekuracyjnie schodzę z deski, bo boję się zaryzykować dociągnięcie ruchu do końca, co mogłoby się wiązać z powiększaniem opuchlizny na biodrach




Ostatecznie kilka razy udało mi się przekręcić jak należy, ale ilekroć przymierzam się do tego przeklętego manewru na nowo, nigdy nie wiem, jaki będzie tego rezultat i co sprawia, że akurat tym razem wszystkie elementy będą współdziałać poprawnie.

środa, 28 czerwca 2017

Dzień 41: powolny progres


Krótko i bez pierdolenia: zjechałam z przeszkody (w sensie: off the carb)! Kosztowało mnie to wiele prób za rękę na oczach całego skateparku oraz nietrafionych momentów w stylu “za mało do przodu”, “za mało do tyłu”, “za dużo do tyłu”, “za dużo do przodu”, "nogi za blisko" i tak dalej, ale ostatecznie siadło (czy raczej - spadło!). 

Najfajniejsze jest to, że grindbox miał kilkadziesiąt centymetrów wysokości, więc można powiedzieć, że to już kilka krawężników ustawionych jeden na drugim. Jedyne, co mnie martwi, to fakt, iż zajęło mi to tak dużo czasu... I że wszystko, co wymaga jakiegokolwiek lądowania na desce (z biegnącym startem włącznie), przychodzi mi z taką męczącą trudnością. A ja niestety nie mam już tylu sprawnych fizycznie lat przed sobą, żeby pozwolić sobie na wolno postępujący progres!

wtorek, 27 czerwca 2017

Dzień 40: nowa sztuczka


Dziś nauczyłam się sztuczki z “koziołkowaniem” deski stopą, a następnie wskakiwaniem na nią obiema nogami. Radość jest tym większa, że jeszcze nie dalej jak wczoraj nie byłam w stanie obrócić deski nawet podczas przymiarek na sucho, nie spodziewałam się więc, że już nazajutrz poprawię rezultat o 100%. Zasypiająco jaram się!

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Dzień 39: shove it

Stało się: w końcu zrobiłam swój pierwszy fakie shove it w ruchu. Kilka razy! Oczywiście za sukcesem - poprzedzonym zmuszaniem mnie do testów na sucho przy barierce i to pomimo moich wyraźnych oporów - stoi Konrad. Aż mnie to trochę zaczyna złościć, że sama z siebie nie umiem tak po prostu czegoś zrobić i to zrobić skutecznie. 


Tak czy owak, dziś udało mi się również przypieczętować shove it także w moim zwyczajowym kierunku jazdy, a na zakończenie - zrobić w pełni samodzielnie dropa z najwyższej części skateparku (bez konradowego stania na dole na "w razie czego"). I pomyśleć, że raptem dwa miesiące temu jeszcze by mi do głowy nie przyszło, że będę mieć swoją deskorolkę, chodzić do skateparku, chcieć robić na niej tricki i mieć zajawkę milion!

Dzień 38: dużo prób wszystkiego

Dziś działam metodycznie - jak przystało na pracownika branży IT (sic!). Cel nadrzędny: przeprowadzić minimum 100 prób wyklętki (alias “wyklętej wykrętki”), a do tego poćwiczyć shove it, ollie i co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy.

Wyklętka:
operacja zakończyła się powodzeniem w 25 przypadkach, czyli średnio 1 na 4 podejścia wjeżdżam, przekręcam się i - jeszcze nieco krzywo oraz niepewnie, ale za to w pełni glorii i chwały - zjeżdżam, nie spadając! Dużo to czy mało? Pozostanę przy “obiecująco”. Chyba wreszcie zaczęłam używać głowy nie tylko do nadmiernego analizowania (w tej sytuacji wystarczy ją bowiem przekręcić), więc spodziewam się rychłego przełomu.

Shove it:
Miało być rozbiegowe 10 prób, skończyło się na 50. I chyba tyle mam w tym temacie do powiedzenia, bo niestety chwalić się tu nie ma czym. Niby “taki prosty trick”, a ja sobie z nim po prostu nie radzę czy też - radzę bardzo okazjonalnie. Następnym razem spróbuję 200 razy, kto upartemu zabroni!

Ollie:
Po obejrzeniu https://www.youtube.com/watch?v=gdV3H11J9TI wiem jeszcze więcej w teorii i… jeszcze mniej w praktyce. Próbowałam, zgodnie z sugestią, ćwiczyć skok, trzymając się barierek. Moim podstawowym problemem jest brak wybicia tylnej nogi. Zaczęłam ją zatem podnosić po popie, a jakże, ale wtedy noga się odrywa, a deska zostaje, czyli przechodzimy do złego timingu. No i ten cholerny drag - a właściwie jego brak. Zasadniczo nic już, kurwa, nie rozumiem. 

Zjazd z krawężnika:
Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem, żeby w końcu wypróbować tego tricku, ale nigdy jakoś nie miałam odpowiedniego krawężnika pod nogą. Tym razem udało mi się wreszcie wbić na minirampę bez poczucia, że dezorganizuję cały flow skateparku, i rozpoczęłam testy. Niby parę razy udało mi się zjechać jak należy, ale nadal nie do końca czuję, w którym właściwie momencie powinnam unieść przód deski. Z kolei samo uczucie w trakcie lądowania tworzy ciekawą mieszankę doznań: jest trochę przyjemnie, a trochę okropnie. Zdecydowanie mam ochotę na więcej testów i z wyższej wysokości (żeby przełamać strach).

sobota, 24 czerwca 2017

Dzień 37: rock to fakie

Zastanawiam się, o czym właściwie świadczy fakt, że na zajęciach z Konradem radzę sobie niezmiennie lepiej niż kiedy jestem pozostawiona samopas. Niepewność? Brak odwagi? A może chodzi po prostu o to, że kiedy ktoś mówi mi, że mam coś zrobić, to najzwyczajniej w świecie robię i nie ma, że “nie wiem”, "dziś nie mam siły" albo “jeszcze za mało umiem”?

Dzisiejszy dzień upłynął pod hasłem “rock to fakie” (i pompowania! *). Do tej pory rzeczony manewr wydawał mi się nieco stresujący. Zupełnie instynktownie przechylałam się do przodu w chwili, gdy deska zaczynała pionowo wjeżdżać na blachę, co oczywiście wprawiało ją w jeszcze szybszy ruch, mnie wyrzucając przy okazji do tyłu. Kilkadziesiąt prób później i chyba zaczęłam to czuć. Sekret podobno polega na tym, żeby… nie robić nic. Wjechać, wytrzymać i zjechać, unikając przechylania czy przebierania nogami. Kilka razy udało mi się to wykonać samodzielnie!

Niestety perspektywa przeprowadzenia tej operacji bez Konrada stojącego obok, który to w razie czego skutecznie uchroni me biodra przed dalszym obijaniem się, póki co napawa mnie przerażeniem. Cóż, kolejna bariera, kolejne wyzwanie, do ogarnięcia w poniedziałek?

W temacie barier: coraz bardziej oswajam się ze zjazdem, po którym mam pamiątkę w postaci wielkiego czarnego krwiaka na prawym biodrze (patrz: “czysty masochizm”). Pierwsze podejście w danym dniu jest jeszcze nieco straszne, ale straszność powoli ustępuje na rzecz przekonania, że ogarniam. Po prostu. Powoli zaczynam też pokonywać wykletą wykrętkę, choć tutaj nadal stosunek prób udanych do nieudanych jest przerywany. No i ollie… Chyba się sfrustrowałam. Podskakuję jak kulawa suczka i zupełnie nic z tego nie wynika. Jak wybijać tę tylną nogę, do chuja?!


* Przerwałam w momencie, gdy stoper pokazywał 4:10, a mnie nogi już odmawiały posłuszeństwa.

czwartek, 22 czerwca 2017

Dzień 35: czysty masochizm

Zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, myślisz “o kurwa, boli, to się nie może powtórzyć”, zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, myślisz “ja pierdolę, zaczyna mnie to niepokoić”, zjeżdżasz, wydupiasz…


Było tego bodajże 5 razy. A na koniec jeszcze poprawiasz na lewe biodro w trakcie prób wykonania wykrętki na rampie - aż zabolało nawet w kroczu. Czego się dzisiaj nauczyłam? Że jazda na deskorolce jest trudna, a ja nie znoszę się poddawać, nawet gdy ciało boli i się boi. No i że spuchnięte z obu stron biodra wyglądają chujowo, czas na szerokie spodnie.

PS Zaczęłam w końcu ćwiczyć tic-tac na switchu.

Dzień 34: dzień deskorolki

Z okazji Światowego Dnia Deskorolki najpierw się przez pół dnia obijałam, wyglądając tęsknie za okno, a następnie samozwańczo skróciłam sobie czas pracy i pojechałam oglądać konkursy na Stadionie Narodowym. Zgodnie z moimi przewidywaniami dominujący profil demograficzny zarówno samych uczestników, jak i całkiem licznie zgromadzonej widowni to osobnik płci męskiej w wieku 16-20 lat, czyli witajcie nie w naszej bajce (sic!). Postałam, popatrzyłam, pozazdrościłam i… poszłam jeździć na Potocką. 


Wreszcie zaczynam się przełamywać, jeśli chodzi o moje wizyty w skateparku. Oczywiście głównie wynika to z faktu, że bywalcy zaczynają mnie witać i/lub żegnać, ale też powoli wzrasta mi poziom samego wyjebania na reakcje otoczenia, więc do końca wakacji powinnam się tam czuć w pełni swobodnie. Tym razem ćwiczyłam zaprezentowane dzień wcześniej przez Konrada dwie nowe wykrętki, cel w postaci 5 udanych manewrów z rzędu został osiągnięty.

środa, 21 czerwca 2017

Dzień 33: pierdolona magia

Jedną z rzeczy, która ekscytuje, przeraża, a przy tym wszystkim uzależnia mnie najbardziej, jest przekraczanie własnych barier. Weźmy na przykład mój lęk przed zjazdami ze stromych wzniesień (no dobrze - takich, które mi się strome wydają). Stoję na szczycie, patrzę w dół, dusza i kiszki błyskawicznie zwijają mi się w rulonik, och, jak bardzo chciałabym mieć to już za sobą, czy będzie gleba, ja chyba tego nie czuję, strach ma coraz więcej pozwijanych kiszek, potrzebuję czasu, żeby się zebrać, rusz się, nie, muszę mieć pewność, że jestem gotowa, co ty odpierdalasz, może jednak zejdę, nie bądź frajerką, jadę, nie, kurwa, teraz to już muszę, aaaa!!! 


Tak było podczas pierwszej próby. Kilkanaście zjazdów później, każdy nieco mniej traumatyczny od poprzedniego, i nagle gdzieś cały ten napompowany lęk pęka jak balonik, a ja czuję się w zasadzie… komfortowo. Wystarczy tylko i aż chcieć się przełamać. I nie zrezygnować. Bełkot czy nie, to jest po prostu pierdolona magia.

niedziela, 18 czerwca 2017

Dzień 31: manual w miejscu


Co zrobić, kiedy lądujesz pod Lublinem, jest już późny wieczór, a na zewnątrz pada deszcz? Stajesz pod małym zadaszeniem, przytrzymujesz się rury i przez pół godziny (bo lepsze to niż nic) pizgasz manual w miejscu (czy raczej - próby uzyskania manuala w miejscu), duh!

Dzień 30: na przeczekanie


Już zdążyłam się nauczyć, że są takie dni, kiedy nic nie wychodzi i albo można się wkurwić, obrazić na świat, a na koniec w dodatku zrobić sobie krzywdę, albo zaakceptować ten stan i spróbować z niego wyciągnąć jak najwięcej. Tym razem udało mi się nie ulec frustracji i po prostu skupić się na kontynuowaniu żmudnych nauk manuala w myśl zasady “lepiej zrobić trochę czegoś małego niż zrobić nic czegoś spektakularnie dużego”. 
W efekcie jeżdżenia w tę i we w tę - a uczciwie w tym miejscu przyznajmy, że mowa o jeździe bez większego przekonania - parę razy zdołałam podnieść wyżej niż dotychczas deskę i dzięki temu po raz kolejny lekko zrekalibrować mózg w kierunku właściwego ustawienia. Przyjmuję ten jakby-sukces bez szemrania. 

czwartek, 15 czerwca 2017

Dzień 29: jestem bogiem

Odczarowałam wykrętkę na rampie! Prób było sporo, z tego spora część bez przekonania, ale ostatecznie udało mi się ten manewr wykonać dwa razy. Sukces cieszy podwójnie, bo poza znalezieniem właściwego układu ciała przełamałam się psychicznie - a już powoli zaczynałam nabierać przekonania, że zablokowałam się byłam na dłużej (czyli co najmniej do czasu zniknięcia siniaków).

Dodatkowo po raz pierwszy zjechałam z najwyższej przeszkody vis a vis rampy, a to również kosztowało mnie niemałą szarpaninę wewnętrzną. Wszelkie strome powierzchnie wywołują u mnie naturalny niepokój, ale między innymi po to właśnie zaczęłam jeździć na desce, żeby się z tym lękiem zmierzyć, więc tak, dziś jestem bogiem! A stan ten w dużej mierze zawdzięczam niezmordowanemu Konradowi, który naprawdę wspaniale uczy. Skorzystanie z jego usług - oprócz zakupienia deski, ma się rozumieć - było zdecydowanie najlepszą decyzją, jaką podjęłam w ciągu ostatniego miesiąca.

środa, 14 czerwca 2017

Dzień 28: ollie nie boli (chyba że duszę)

Udało mi się wyrwać do skateparku w środku dnia w nadziei, że spotkam tam co najwyżej kilka dzieciaków na hulajnogach - niestety. To niesamowite, że niemal za każdym razem, kiedy się tam w końcu pojawię, trafiam na niemal zupełnie nowy skład kolejnych wymiataczy i pierwsze 15 minut zmuszona jestem niezmiennie poświęcać na przekonywanie się, że mój brak skilla nie ma tak naprawdę znaczenia, a każdy jest tu mile widziany (a jest?).

Plan był taki, żeby zmierzyć się z blokadą dnia poprzedniego i nauczyć wykrętek na rampie, unikając jednocześnie lądowania na lewym spuchniętym biodrze. Ale jak tu się przełamać i nie załamać, jeśli jedyne, co mam w głowie, to “byle nie upaść, byle nie upaść, byle nie upaść”, a nie - “umiem to zrobić i to zrobię!”? Więc nie zrobiłam. Do tego nabawiłam się kolejnych dorodnych siniaków na kolanach, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach coraz bardziej bolesnych prób dałam za wygraną w nadziei, że jutrzejsze nauki za rękę pomogą mi to sobie poukładać w głowie na nowo. 

Z rzeczy miłych: odnotowałam dalszy progres w kwestii manuala. Kilka razy udało mi się przez dłuższą niż wcześniej chwilę gładko płynąć w stanie pozornej nieważkości i było to po prostu wspaniałe! W końcu zaczynam robić użytek z rąk i bardziej aktywnego balansu resztą ciała, pozostaje jeszcze popracować nad zachowaniem kolan (podpatrzone: muszą się ruszać do przodu i do tyłu!). 


Na deser (alias dobitkę) zabrałam się za trenowanie ollie. Jeśli chodzi o lądowanie, skuteczność skoczyła tutaj do 90%, w ruchu również nie jest najgorzej, bo udaje mi się trafić w deskę w granicach 80% przypadków, niestety sam lot bardziej przypomina tutaj zagubiony podryg lub skok, który w ostatniej chwili się po prostu rozmyślił. Próbuję sobie jak najczęściej wyobrażać konieczną sekwencję ruchów i wiem, że pociągnięcie deski nie może nastąpić za wcześnie, ale jeszcze nie potrafię tego oddzielić. No i tak to.

wtorek, 13 czerwca 2017

Dzień 27: blokada


Dziś wyszło tak, że nie wychodziło nic: najwyraźniej niedzielne obicie biodra wywarło na mnie bardziej traumatyzujący efekt niż pierwotnie myślałam. Grzechy główne: brak rozgrzewki, rozkojarzenie, PMS, a do tego tłum w skateparku zadziałał jeszcze bardziej onieśmielająco niż zwykle. Przez całe zajęcia bałam się przekręcić, żeby znowu nie upaść prosto na opuchliznę, przez co oczywiście nie udało mi się zrobić wykrętki na żadnej z ramp. Początkowo jeszcze próbowałam z tym walczyć, ale potem poddałam się rezygnacji całkowicie i po zakończonej lekcji z Konradem nawet nie próbowałam ćwiczyć na własną rękę (a w tym przypadku - nogę). Nie lubię. Jutro tam wracam i nie ma, że boli!

Dzień 26: przekręcić się w miejscu o 180*

Drugi dzień z rzędu cisnę manual w formule tam-i-z-powrotem-aż-do-zajebania, dzięki czemu coraz częściej łapię ten magiczny punkt zawieszenia w powietrzu na czas trwania “razdwatrzyczterypięćcześćsiedem” wypowiedzianego bardzo szybko. Przy okazji dotarło do mnie, ze dojeżdżanie do jednego końca skateparku, schodzenie z deski, a następnie kopanie jej w celu ustawienia jej w przeciwnym kierunku jazdy nie jest zbyt wydajne (a już na pewno dobrze nie wygląda), zdecydowałam się więc spróbować obrotu o 180 stopni w miejscu (oraz lekkim ruchu). Działa! Kosztowało mnie to kilka nieporadnych prób i jeszcze nie zawsze wychodzi, tym niemniej można uznać, że achievement dnia został unlockowany.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dzień 23, 24, 25: coraz więcej siniaków


Dzień 23: anty-lansu na Polu Mokotowskim ciąg dalszy. Jazda na switchu staje się coraz pewniejsza, a nieskażone przerwą sekwencje - dłuższe. Niestety skutkiem ubocznym - poza satysfakcją i czymś na kształt przyjemności, która nieśmiało wypiera poczucie niehalo - jest ból w podbiciu lewej stopy. Stopa w przeciwieństwie do mózgu źle znosi codzienne i coraz bardziej przedłużające się sesje balansowania na kawałku drewna na kółkach. Cóż, każdy skejt jest podobno masochistą, powtarzam więc w myślach “pain is temporary…” i jazda.

Dzień 24: czwarta lekcja z Konradem przynosi pierwsze udane (ale też sporo nieudanych, wiadomo) próby wykrętki na bardziej stromej powierzchni. W tym miejscu pragnę po raz kolejny podziękować sprzedawcy za przekonanie mnie do zakupu ochraniaczy: wyglądają chujowo i czuję się w nich jak skończona frajerka, ale przynajmniej nie boję się próbować. I przewracać. Przewracać. A potem przewracać jeszcze więcej. Za każdym razem, kiedy podjeżdżam pod rampę, subiektywnie rozpędzona w chuj i ze świadomością, że tu nie ma czasu na wahanie czy analizy, bo jak nie odwrócę się od razu, to już nie odwrócę się wcale, a do tego będzie pewnie gleba, siniaki i ból, doznaję mieszanki strachu, ekscytacji i antycypacji, a jeśli manewr się uda - dochodzi do tego także wystrzał serotoniny, adrenaliny, endorfin i jedynego w swoim rodzaju poczucia “fuck, yeah!”. Dlatego właśnie chcę jeździć na desce, dlatego kocham wspinanie, po to w ogóle wychodzę rano z łóżka. Tylko dlaczego uświadomiłam to sobie dopiero po 30-tce?!

Dzień 25: Dzień wcześniej wystartowałam w biegu firmowym. Wyśrubowałam życiówkę, fajnie, w klasyfikacji ogólnej kobiet znalazłam się na 98. miejscu na ponad 800 uczestniczek, jeszcze fajniej, ale brak biegowego przygotowania oraz należytej ilości snu post factum pozostawił moje mięśnie w stanie opłakanym, żeby nie powiedzieć - płaczącym. Płakać chciało mi się zresztą również na myśl o wyjściu na deskę, bo masochista miał dzień restowy, ale wtedy drugi bieg wrzuciła niezmordowana determinacja (a może absurdalny upór?). A zatem wyszłam i to rozjeździłam. Udało mi się nawet poczynić nieznaczne postępy w kwestii manuala, jest to jednak bardziej “pociecha w obliczu braku sukcesów” niż faktyczne osiągnięcie. Ponadto stłukłam sobie lewy łokieć, obiłam lewe biodro (z opuchlizną włącznie) i zdobyłam kolejne siniaki. Powoli zamieniam się w człowieka auto-demolkę. 

PS W bonusie udało mi się zrobić mój pierwszy w życiu przysiad na trickboardzie. Jaram się.

piątek, 9 czerwca 2017

Dzień 22: coraz szybciej!

Jak na osobę, która próbuje nie przejmować się cudzym zdaniem, okazuję się być zaskakującym tchórzem w kwestii skateparków. Niby wiem, że każdy kiedyś zaczynał, a jeżdżący wymiatacze mają w dupie to, co się robi, czy raczej - czego się robić nie udaje - ale i tak koncepcja wizyty w skateparku w pojedynkę i to w dodatku w godzinach szczytu (a niestety tylko takie wchodzą w grę) wywołuje u mnie ucisk żołądka większy niż odczuwana przeze mnie żądza dobrego betonu. No i jeszcze ta nieunikniona różnica wieku w zestawieniu z co najmniej połową skejtowego środowiska…

Efekt? Byle pretekst jest dobry, żeby do skateparku nie pojechać. Ostatnio powodem numer jeden jest “doskonalenie jazdy”, tak więc dzień 22 upłynął mi pod hasłem odpychania i jeżdżenia na switchu. Aaron Kyro (skejt, instruktor i scjentolog w jednym) twierdzi, że swobodne czucie deski wypracowane w oparciu o wiele godzin zwykłego poruszania się na niej jest kluczowe i skandalicznie często ignorowane, postanawiam więc się do mądrej rady zastosować i cisnę odpychanie. Po drugim dniu na Polu Mokotowskim mam już ustaloną i podzieloną na kawałki trasę: każdy taki kawałek przejeżdżam najpierw na swoją nogę, a potem zmiana - aż do bólu mózgu.


No właśnie, mózg się buntuje, ale powoli temu szaleństwu ulega, wespół zresztą z oswajającym się z całą sytuacją ciałem. Po każdej takiej sesji na switchu jestem w stanie jechać coraz szybciej po przesiadce na swoją stronę, poprawia się też sama płynność odpychania. Udało mi się na przykład rozpędzić na tyle, żeby wyprzedzić co bardziej opieszałych (czytaj: początkujących) rolkarzy, więc kolejny cel to zmierzyć się z kimś, kto potrafi na desce zapierdalać. A potem mu dorównać. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Dzień 21, czyli jak tu do cholery nie obijać sobie łokcia (!)

Uparcie próbuję nauczyć się fakie shove it, przez co równie uparcie zderzam się łokciem z betonem - zanim w ogóle zdążę pomyśleć "o kurwa". 

Próbowałam oczywiście upadania się nauczyć: przewracałam się kilkadziesiąt razy, w różnych konfiguracjach i lecąc w dół możliwie szybko, niestety w warunkach bojowych nie jestem w stanie zapanować nad odruchami ani trochę.

Oprócz bólu łokcia staram się wystawiać również na ból mózgu, próbując doskonalić jazdę na switchu. I kiedy tak się mozolnie i powolnie odpycham, niepewnie stojąc na nogach i będąc wyprzedzaną nawet przez emerytowanych przechodniów, w głowie majaczy mi tylko jedno:

"Pierdolone instynkty. "

środa, 7 czerwca 2017

Skąd pomysł?

Na początku roku skończyłam 34 lata: to wiek, w którym powinno się mieć męża, dziecko, kredyt na koncie, karierę i poukładane w głowie. Ponadto całe życie potykam się o własne nogi, bo po prostu nie wyczuwam granicy pomiędzy moim ciałem a resztą otoczenia zbyt dobrze. Spadam ze slacka, ledwie ustoję na trickboardzie, na snowboardzie udało mi się wyhodować rekordowej wielkości krwiaki od upadków. O dziwo, nieźle radzę sobie w połogach (patrz: wspinanie), ale to balans statyczny, więc chyba nie do końca się liczy. I co?

I niespełna dwa miesiące temu obejrzałam dokument “Bones Brigade: An Autobiography” o narodzinach najsłynniejszego teamu deskorolkowego w historii, a potem coś we mnie zakiełkowało. Incepcja koncepcji jazdy na deskorolce, level 1. Z początku te niewinne i przelotne myśli z kategorii “a może by tak…?” szybko zbyłam żelaznym: “nie, przecież jesteś za stara, nie masz czasu, nie masz predyspozycji, a do tego także i jaj” i o temacie w zasadzie zapomniałam. Ale im dłużej trwała podyktowana kontuzją barku wspinaczkowa indolencja, tym częściej deska majaczyła gdzieś na granicy ego i id, aż w końcu przedarła się do świadomości całkowicie i tak oto klamka zapadła: “dziś po pracy jadę kupić deskorolkę”. Hurra! 

Tylko na czym ja właściwie chcę jeździć? I jak? Skoro na początku miałabym się tylko przemieszczać - wszak tricki są trudne/niebezpieczne/no po prostu nie dla mnie - może warto rozważyć longboard? Cruiser? Penny board? Nieee. Niby na samą myśl o odrywaniu się z deską od ziemi zalewa mnie fala czystej abstrakcji, ale już coś w środku szepcze, ze zwykłe przemieszczanie się na desce będzie po prostu nudne, a w dodatku - obrzydliwie ostentacyjne. A zatem deska. 

W sklepie z początku nie jestem nawet w stanie samodzielnie na nią wejść. Sprzedawca (czy w ogóle pełnoletni?!) z grzeczności zauważa, że to pewnie kwestia opinających me stopy balerinek, ale ja wiem lepiej: są wygodne, z podeszwami na dobrej gumie, więc skoro nie potrafię sama stanąć na kawałku wyłożonego papierem ściernym drewna, to znaczy po prostu tyle, że jestem chujowa. Deska lata pode mną, wyglądam jak ciotka klotka z fanaberią, tym niemniej pomysł, żeby zaoszczędzić niemal 400zł (oraz własne tkanki) nie nadchodzi. Wychodzę z deskorolką pod pachą - podekscytowana jak 6-latek w oczekiwaniu na św. Mikołaja - a 20 minut i jeden szybki filmik szkoleniowy filmik na YouTube później już stoję pod własnym blokiem, gdzie zaczynam oswajać się z moim nowym gadżetem.

Plan jest taki, żeby przez pierwszy miesiąc jeździć codziennie - choćby przez chwilę - i zobaczyć, czy moje osiągnięcia będą lepsze niż te dziewczyn z Buzzfeeda, które podjęły się podobnego eksperymentu. Szybkie wyjaśnienie: zanim stanęłam na desce, w naiwności swej ukułam plan, że pewnie szybka sesja po mieście w wymiarze 2 razy na tydzień wystarczy, aby zaspokoić zew przygody, ale już pierwsze upajające doświadczenia tamtego pamiętnego wieczoru pokazują, że będę chciała to robić codziennie, bo jest radość. I żeby mieć poczucie, że od kogoś mogę być lepsza, a co! I niech to będzie choćby i 15 minut, ale konsekwentnie. A potem przestaje wystarczać cała godzina, dwie, dwie i pół… 

Chcę więcej, bardziej, dłużej, lepiej! Jeżdżę, przewracam się, otrzepuję i wstaję, kupuję ochraniacze (na początku zamierzam tylko na nadgarstki, ale sprzedawca wciska mi także te na kolana - chwała mu! - potem sama już dokupuję nałokietniki po stłuczeniu prawego łokcia), przewracam się bardziej, zanoszę się śmiechem, każde najmniejsze zwycięstwo smakuje jak czekolada nadziewana serotoniną, a ja po prostu lewituję. Po 20 dniach i 3 lekcjach z instruktorem deskorolki (tak, istnieją tacy!) umiem:

1. mikro ollie (no, wiadomo, że częściej nie wychodzi niż wychodzi, ale dobre i to)
2. shove it w miejscu (próby uskutecznienia shove ita w ruchu zakończyły się stłuczeniem rzeczonego łokcia, tu podobnie proporcje wychodzenia do niewychodzenia są na razie na moją niekorzyść)
3. wykretkę na fakie i wykrętkę pod małą górkę (to ostatnie to wczorajszy “nabytek”)
4. drop na mini rampie (aaa!!! - przeżycia z tym związane zasługują na osobny wpis)
5. skoczyć na deskę z ławki
6. pojeździć (choć bez przekonania) na switchu
7. skakać na desce w ruchu (nie było to takie łatwe i nadal nie robię tego zbyt wysoko)
8. coraz szybciej się odpychać 
9. trochę pompować na mini rampie
10. skręcać przez balans ciałem oraz tic-tac
11. hamować przez podniesienie deski (ale to tylko na dobrym betonie w skateparku)

Najbliższe cele:

1. manual (na razie to takie irytująco nieskuteczne podrygi)
2. shove it w ruchu
3. normalnie wyglądające ollie
4. jeżdżenie na mini rampie od końca do końca
5. zjeżdżanie z krawężników