To miał być miły dzień na Wrocławskiej, a skończyło się na niemiłym upadku na prawe biodro. Upadek w zasadzie niespecjalnie mocny, ale i tak wystarczył, żeby przywrócić niemal już nieobecną opuchliznę, wywołać nowy krwiak oraz przejść w tryb bólu większego niż poniedziałkowa frustracja z rana w biurze. I co dalej? Dalej tyle, że kiedy już zeskrobałam się z ziemi i odnalazłam kawałki potłuczonego morale, spróbowałam ów ból doprawiony strachem chociaż trochę rozjeździć - no bo przecież nie wrócę do domu na tarczy, tylko na desce.
Nie było łatwo, nie było ładnie, ba, na tym etapie bałam się już w zasadzie wszystkiego, ale przynajmniej powrót do zwyczajowej formy psychicznej został zainicjowany. Cel na najbliższe dni: przemóc się i zrobić tę wykrętkę, na której poległam (czyli stojąc na przodzie deski, przerzucić tył do przodu "przez plecy").
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz