czwartek, 6 lipca 2017

Dzień 49: coping with coping

Ostatnie dwa wieczory spędziłam w skateparku, schowana w kąciku, w opcji “przyczajone ollie, ukryty shove it”. Mój poziom pewności siebie, a co za tym idzie - także i determinacji - jest niestety odwrotnie proporcjonalny do liczby przebywających tam osób, kiedy więc okazuje się, że stado skejtów zapierdala tam i z powrotem, cisnąc tricki, ja po prostu nie mam śmiałości, żeby na część z przeszkodami choćby się przemieścić. O wjeździe na którąś z nich nie wspominając. Podskakuję na desce jak smutna pizda w okolicach minirampy, której i tak nikt nie używa, a potem robi się późno, więc nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do domu. I się na siebie wkurwić, a potem spróbować się przekonać, że przecież zrobiłam jakiś mikro progres chuj-wie-w-czym.

Dziś mogłam to wreszcie odreagować. Dwie godziny z Konradem w niemal pustym parku w środku dnia! Zaczęło się dobrze: w końcu załapałam, na czym polega wykrętka na flacie przy większej prędkości, potem wykrętka na quarterze na większej wysokości (i przy większej prędkości podjazdu) niż wcześniej, a następnie udało mi się wjechać na krawężnik metodą “unieś przednie kółka, unieś tylne kółka”. W tym momencie przechodzimy na wzgardzoną przez wszystkich minirampę (a właściwie wzgardzoną dlaczego?) i niestety dobra passa się kończy. Robię dropy, ale sekretnie trochę sram w gacie, robię rock to fakie (za rękę), ale ląduję jakoś krzywo i sram w gacie jeszcze bardziej, a kiedy w końcu umawiamy się na próbę bez ręki (to jest: ręka tylko w razie potrzeby), tracę równowagę i moje prawe biodro wespół z barkiem zaliczają bliskie spotkanie trzeciego stopnia z drewnianym podłożem (w tej sytuacji wielkiej różnicy, że to nie beton, to nie robi). Spotkanie było fest: minęło już 8 godzin od upadku, a bark podczas prób poruszania nim nadal boli niehumanitarnie.


I co teraz? Bezpośrednio po upadku czułam się straumatyzowana, teraz - w sumie nie wiem. Na pewno znacznie już puściło, ale nadal, kiedy tylko przypomnę sobie to uczucie niepewności pod nogami w chwili wjazdu na coping, robi mi się jakby gugu w środku. No i boję się kolejnych mocnych upadków… Jutro będziemy dożynki na minirampie kontynuować, wtedy zatem tak naprawdę okaże się w pełni co i jak. A tymczasem reset głowy i bierzemy się w garść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz