niedziela, 30 lipca 2017

Dzień 71: w poszukiwaniu straconego morale

Dziś w ramach odtraumatyzowywania się pierwszą część zajęć z Konradem poświęciliśmy na ćwiczenie ollie przez tzw. kratkę. Kratka ściekowa ciągnie się w poprzek skateparku mniej więcej na wysokości większej minirampy, liczy sobie kilkanaście centymetrów szerokości, nie mając przy tym wysokości, i jest nad wyraz wdzięcznym (czytaj: bezpiecznym!) obiektem do przeskakiwania - co też zresztą wielu bywalców Potockiej mimochodem i od niechcenia czyni. 
U mnie oczywiście chcenie jest wielkie, a do tego wcale nie muszę tego robić nonszalancko, ale i tak (a może właśnie dlatego?) stosunek wychodzenia do niewychodzenia plasuje mnie w gronie frajerów.
No dobrze, tak naprawdę to i tak jestem zadowolona, bo przynajmniej kilka razy kratkę faktycznie przeskoczyłam, a jeszcze do niedawna perspektywa poradzenia sobie z płaską przeszkodą kompletnie mnie blokowała. A zatem odnotowuję progres. Przy okazji garść przemyśleń:

- przy większej prędkości ollie nie potrafię się dobrze wybić, ani tym bardziej utrzymać się przy lądowaniu
- nie mogę patrzeć na przeszkodę wprost, muszę ją rejestrować kątem oka, a skupiać się na desce, inaczej ciało źle mi się układa
- największym problemem (poza zbyt niskim skokiem, ale to akurat rozwija się podobno z czasem) jest obecnie drag, nie wiem jak dociągnąć przednią stopę do końca!


Drugą część zajęć poświęciliśmy na przejście ze stania w pozycji 50-50 do zjazdu na minirampie. Na tę chwilę potrafię dokonać tego manewru za rękę (zaczęło się od dwóch), ale na myśl o tym, że miałabym się pokusić o taki zjazd sama, błyskawicznie zastygam. Cóż, wiemy już, nad czym muszę popracować w najbliższym czasie…

Dzień 70: hip hip bang bang

To miał być miły dzień na Wrocławskiej, a skończyło się na niemiłym upadku na prawe biodro. Upadek w zasadzie niespecjalnie mocny, ale i tak wystarczył, żeby przywrócić niemal już nieobecną opuchliznę, wywołać nowy krwiak oraz przejść w tryb bólu większego niż poniedziałkowa frustracja z rana w biurze. I co dalej? Dalej tyle, że kiedy już zeskrobałam się z ziemi i odnalazłam kawałki potłuczonego morale, spróbowałam ów ból doprawiony strachem chociaż trochę rozjeździć - no bo przecież nie wrócę do domu na tarczy, tylko na desce.

Nie było łatwo, nie było ładnie, ba, na tym etapie bałam się już w zasadzie wszystkiego, ale przynajmniej powrót do zwyczajowej formy psychicznej został zainicjowany. Cel na najbliższe dni: przemóc się i zrobić tę wykrętkę, na której poległam (czyli stojąc na przodzie deski, przerzucić tył do przodu "przez plecy").

Dzień 69: na Potockiej pada deszcz


To chyba musi być miłość, kiedy jest piątek wieczór, na zewnątrz ulewa, skatepark na Potockiej w jednej trzeciej zalany i zdecydowanie przeludniony, a Ty ćwiczysz ollie w ruchu w tę i we w tę na kawałku cudem znalezionego suchego betonu, nie mogąc nawet zwyczajnie pojeździć. I tak przez ponad godzinę.

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień 68: wizyta w skateparku na Wrocławskiej

W ramach poszerzania horyzontów zawitałam dziś z Konradem w skateparku na Wrocławskiej. Ma małą powierzchnię, ale za to quarter o wysokości 5 stóp, minirampę prawie tak wysoką jak quarter na Potockiej, ciekawie wyprofilowany bank, trochę inny funbox oraz nawierzchnię przeszkód gładką jak rozsmarowana na naleśniku Nutella. Zasadniczo najpierw byłam obsrana, bo stromo, bo szybko, bo wysoko, wiadomka, ale ostatecznie odważyłam się zrobić drop oraz przeprowadzić wykrętkę na wyższej niż zwykle wysokości (oraz w lepszym stylu!). Słowem radość i duma. 

Co prawda rzeczone wykrętki nadal wychodzą mi koślawo - i to dosłownie: wjeżdżam jedną stroną, a zjeżdżam dobry metr dalej - ale dzisiaj chyba w końcu bardziej poczułam, o co w nich w ogóle chodzi. A chodzi o to, żeby w chwili przekręcania zatrzymać się na chwilę na tylnich kółkach (uczucie jakby się unosiło w powietrzu), a potem na pewniaka opaść na te przednie. Cała trudność polega zatem na odpowiednim odchylaniu się, właściwie wyważonym w czasie i przestrzeni nachyleniu do przodu oraz wierze, że całość nie poskutkuje lądowaniem na biodrze.

PS Wieczorem katowałam dla uzupełnia ollie. Teraz wygląda to mniej więcej tak:


No, bardziej nie wygląda nie wygląda...

wtorek, 25 lipca 2017

Dzień 65: never ending ollie


A zatem sprawa z ollie wygląda tak, że te w miejscu wychodzą mi już całkiem nie najgorzej, ollie w ruchu są niższe, ale pracuję nad dragiem i również niekiedy zaczyna to już jakby wyglądać, natomiast wszelkie próby przeskoczenia czegoś (i mówimy tutaj o zwykłej płaskiej linii) kończą się tym, że kompletnie nie wiem co i kiedy zrobić (więc nie robię). Jakbym nagle o wszystkim zapominała!

niedziela, 23 lipca 2017

Dzień 64: BS 50-50

Przerwa z tytułu skręcenia wyniosła dwa dni, więc w zasadzie można to od biedy uznać za nieco dłuższy rest. I choć pierwszy dzień po przerwie zaczął się lękliwie (żeby nie powiedzieć - traumatycznie), szybko wróciłam do tej samej formy psychofizycznej, odważając się nawet na drop.
Ostatnią pozostałością wypadku jest już tylko pewna niechęć i nieufność do startu z rozbiegu, ale powoli to rozpracowuję, uparcie rozpoczynając każdą sesję od hippie jumpów oraz body varial, które w założeniu mają mnie oswoić z konceptem wskakiwania/zeskakiwania/przeskakiwania/wyskakiwania i ogólnie - dokonywania manewrów pod stopami w trakcie jazdy.
Odnotowuję postępy w następujących sferach:

- wykrętki (wychodzą w zasadzie już prawie zawsze, teraz doszlifowania wymaga wykrętka na minirampie)
- fakie shove it (coraz mniej czasu potrzeba mi na to, żeby wylądować)
- ollie w miejscu (wyżej!)
- ollie w ruchu (zaczyna się tam rysować wreszcie jakiś drag i uniesienie tylnych kółek)
- drop (przestaję się czaić godzinę przed, nie mam już też koszmarnych wizji upadku, po prostu zjeżdżam i elo)

Nowości:

- pierwsze nieśmiałe próby FS kickturn! W tym temacie mam tylko dwa słowa: wieje grobem (sic!)

- BS 50-50 na banku z copingiem, jeszcze w wersji z podjazdem z boku, a nie na wprost, ale ścieżka oraz trucki są już oficjalnie przetarte

czwartek, 20 lipca 2017

Dzień 58: nowa deska i skręcona kostka


Dzisiejszy dzień miał się zacząć od sukcesów w skateparku, a skończyć na odebraniu mojej nowej deseczki. Ostatecznie wyszło tak, że po raz pierwszy w życiu wydupiłam się (boleśnie!) podczas prób manuala (trochę trauma), pierwszy raz od dawna przewróciłam się podczas dropa (wtf?!), a kiedy testowałam na szybko deskę pod blokiem, próbując uskutecznić start z rozbiegu (dlaczego nadal wychodzi mi to pokracznie?!), skręciłam kostkę ($@#!$@!#$%). Wrzucam tutaj zdjęcie ślicznotki i nie złorzeczę dalej.


poniedziałek, 17 lipca 2017

Dzień 57: po prostu fajnie


Piątkowa wizyta w skateparku okazała się być jedną z najlepszych deskowych sesji w ogóle. Dużo znajomych (czytaj: oswojonych) twarzy - ale bez męczącego natężenia - kilka miłych interakcji, sporo dropów (w tym kilka wykrętek), rozwojowy manual, jakieś tam fakie shuvity, a na deser odważyłam się nawet na acid drop z manual pada. Na tym niższym się udał, na tym wyższym niestety zabrakło odwagi do wylądowania, ale i tak za sukces uznaję samo przełamanie się! 

piątek, 14 lipca 2017

Dzień 56: start z rozbiegu

W ramach krótkiej przerwy od skateparkowych emocji wybrałam się na Pole Mokotowskie, żeby niezobowiązująco się poodpychać, a przy okazji poćwiczyć start z rozbiegu i hippie jumpy. Czekam na dzień, kiedy obie te czynności będą dla mnie czymś miłym, prostym i naturalnym, a tymczasem w bonusie udało mi się złapać parę razy dłuższy niż zwykle manual. Lubię!

czwartek, 13 lipca 2017

Dzień 55: drop dead gorgeous

Specjalnie wstałam o godzinę wcześniej niż zwykle, żeby (oby) uniknąć po południu tłumów w skateparku, a wszystko w celu zrobienia dropa i zmycia niesmaku z dnia poprzedniego. Od ostatnich prób (tych jeszcze z Konradem) minęły 3 dni, więc początkowa antycypacja zdążyła się już oczywiście przekształcić w strach. Czy jeszcze w ogóle pamiętam, jak to się robi? A jeśli przechylę się za mało - jak to już wcześniej bywało, gdy upłynęło zbyt wiele dni pomiędzy próbami - a potem będzie boleć jak sam szatan? Może lepiej zaczekać na Konrada i nie kusić losu? Gówno!

Już w drodze na Potocką mam miękko w kolanach i twardo w żołądku i prawie chcę, żeby na miejscu znalazły się dzikie tłumy - wówczas bez wyrzutów będę mogła odpuścić - ale zastaję mało ludzi, mało kałuż, trzeba będzie zatem cisnąć! Trochę podskoków, jakieś przymiarki do manuala (naprawdę widzę postęp!), delikatne wykrętki, zjeżdżam z banka, próbując manuala na piramidzie, ale myślami jestem oczywiście cały czas przy dropie. Mija pół godziny, już czas. Wlazłam na quarter, ustawiłam deskę, serce wali, jest mi słabo. Chłopak obok uśmiecha się, jakby chciał mi dodać otuchy, nieśmiało przyznaję, że trochę się boję, a on już jest po drugiej stronie. No to w końcu i na mnie pora… Rany boskie, nie spodziewałam się takiego rozdygotania i tyle adrenaliny!

Na razie większość zjazdów jest jeszcze dosyć niepewna. Rzadko kiedy ląduję prosto i gładko, mam wrażenie, że za mało dociskam deskę. Ale chyba wreszcie odczarowałam drop na tyle, żeby próbować z Konradem czy bez, przy ludziach czy bez, po przerwie czy bez, więc czekam na tę chwilę, gdy stanie się to dla mnie po prostu naturalne - jak zjazd z banka, który przecież jeszcze kilka tygodni przyprawiał mnie o palpitację (i obite biodro).


Na froncie shove it bez zmian. 

środa, 12 lipca 2017

Dzień 54: fuck you, shove it!

Jeśli wyprawę do skateparku rozpoczynasz od przeorania pozbawionymi ochraniaczy kolanami po betonie (pierdolone gałązki!), to wiedz, że reszta sesji też będzie najprawdopodobniej chujowa. 
Dotarłam na miejsce i zamiast myśleć o tym, że zrobię dropa pomimo strachu i zawstydzenia, niemrawo walczyłam z fakie shuvitami - przegrywając zresztą sromotnie, czyli do zera. Jak to, kurwa, jest, że za każdym razem muszę się uczyć tego tricku zupełnie od nowa, jakby moje ciało w ogóle nie pamiętało, co i jak się tam robi?! 

Na otarcie łez spróbowałam kilka razy wykrętek, na szczęście skuteczność była 100%. Manual (dawno już nietestowany) też jakby lekko poszedł do przodu, ale tutaj akurat istnieje poważne ryzyko życzeniowego projektowania rzeczywistości (sic!). No i tak to.

wtorek, 11 lipca 2017

Dzień 53: pierwszy dzień wyzwania fakie shove it


Zapomniałam ochraniacza na kolano, w skateparku jak zwykle ruch, ja taka niewyspana i bez motywacji, a biodro napierdala… Byłam o krok od przystanku w stronę domu: że niby dzisiaj chyba po prostu odpocznę, a shove it poczeka. Ale w końcu nie poczekałam ja! Zdecydowałam się zajrzeć na parę leniwych prób ollie, a skończyło się na ponad dwóch godzinach katowania. Zrobiłam 10 fakie shove it (zaczynając od frustrująco nieudających się prób przy barierce), raz udało mi się pięknie obrócić o 360* stopni na fakie na piramidzie, a na koniec sprawdziłam, czy nadal potrafię zrobić drop off (co prawda z wysokości krawężnika, ale zbieram się w sobie na więcej!). Zostało udowodnione, że tak. Za każdym razem!

sobota, 8 lipca 2017

Dzień 51: coraz odważniej, ale też - coraz boleśniej

Po obejrzeniu filmiku na temat pokonywania strachu zdecydowałam się na zrobienie dropa z quartera bez progresji (przez “progresję” rozumiem tutaj trzymanie za rękę, a potem asekurację na dole). Z konceptem zjazdu bez wsparcia na rozruch próbowałam się oswoić już od tygodni - z mizernym skutkiem. Cóż, mizernie czy nie, Konrad wyjeżdża jutro na wakacje, a ja przecież nie zostanę na prawie dwa tygodnie sama bez poczucia, że mogę przyjść do skateparku i po prostu z tego cholernego quartera zjechać, więc albo teraz, albo nigdy! 
Stanęłam na górze, ustawiłam deskę, zamarłam. Cofnęłam deskę, usiadłam, w głowie tysiąc myśli, a na dole Konrad woła, że w takim razie pierwszy zjazd za rękę, bo magiczny moment minął i teraz będzie tylko gorzej. Żadnej, kurwa, ręki! Bez dalszego pierdolenia przechylam się, próbując samą siebie przekonać, że przecież potrafię zrobić ten drop, a w razie upadku nie stanie się nic strasznego, i już sunę w dół.
Podczas pierwszej próby zjechałam dosyć niepewnie. Ale już każda kolejna powtórka była jakby ciut łatwiejsza. Nadal oczywiście robi mi się nieswojo, kiedy stoję tam na górze i zaczynam przenosić ciężar na przednią nogę, żeby następnie poczuć ów straszno-cudowny moment spadania, tym niemniej jest to taka swoista nieswojość oswojona. Na filmiku jedna z prób: niestety wykrętka udała się tylko dwa razy i żaden z nich nie został akurat uwieczniony, ale przynajmniej bank jest już ostatecznie odczarowany.



Pozostałe rzeczy odnotowania godne:
- spróbowałam zrobić rock to fakie od razu bez wsparcia (i w ogóle - bez wsparcia po raz pierwszy): manewr zakończył się koszmarnie bolesnym obiciem prawego biodra, zaprzestaniem dalszych działań na minirampie oraz niesmakiem ogólnym, ale - odważyłam się!

- body varial na piramidzie, czad! Ba, tutaj pokusiłam się nawet o symulację ewentualnego upadku (dla kurażu) i to naprawdę pomogło. Ja w ogóle nadal jeszcze nie czuję lądowania na desce w ruchu, więc każde takie ćwiczenie wywołuje we mnie panikę i nadzieję jednocześnie: bo chyba kiedyś w końcu to poczuję?

- zjeżdżanie z krawężnika: wczoraj nie udało się ani razu, dzisiaj po kilku missclickach wychodziło już w każdej próbie. Stawiam na body variale jako czynnik przeważający.

- przejazd łukiem przez bank: w czwartek nie mogłam sobie poradzić również i z tym (wydawałoby się) prostym manewrem, ale upór robi swoje


- za chuja pana nie mogłam dzisiaj zrobić fakie shove it i krew mnie zalewa i jest mi smutno i źle i DLACZEGO?!!!

piątek, 7 lipca 2017

Dzień 50: copingu ciąg dalszy

Dzień 50 upływa pod hasłem “przełamywanie strachu: level hard”. Dzieją się dwie ważne rzeczy: po pierwsze, udaje mi się zjechać na fakie z ulubionego przez moje biodra banku, i to przejeżdżając przez górną krawędź. Robię chyba z 7 podejść (a właściwie - zeskoków z deski w kluczowym momencie), zanim w końcu się przełamuję, ale kiedy już się odważam, sam zjazd okazuje się nie być taki straszny, a już na pewno znacznie przyjaźniejszy niż rock to fakie.
Po drugie, chyba wreszcie zaczynam rzeczone rock to fakie kumać nie tylko głową, ale też ciałem. Mówię “chyba”, bo tak naprawdę testem ostatecznym będzie zrobienie tego bez stojącego obok Konrada. Tym niemniej bilans wygląda tak, że po młóceniu tego przez prawie 20 minut w formule “najpierw za rekę do podjazdu, potem za rekę do zjazdu, potem łapanie się Konrada tylko w chwili utraty równowagi, a na końcu już po prostu sama” poczułam się pewniej, zaczęłam zjeżdżać bardziej równo (tracąc mniej prędkości), a do tego coraz częściej udaje mi się złapać równowagę nawet wtedy, gdy na chwilę ją tracę w momencie przejechania przez coping. Przełom?

Na zakończenie zaczęłam pisać, czego się boję w związku z dniem jutrzejszym, ale po namyśle skasowałam - przecież ogarnę!

czwartek, 6 lipca 2017

Dzień 49: coping with coping

Ostatnie dwa wieczory spędziłam w skateparku, schowana w kąciku, w opcji “przyczajone ollie, ukryty shove it”. Mój poziom pewności siebie, a co za tym idzie - także i determinacji - jest niestety odwrotnie proporcjonalny do liczby przebywających tam osób, kiedy więc okazuje się, że stado skejtów zapierdala tam i z powrotem, cisnąc tricki, ja po prostu nie mam śmiałości, żeby na część z przeszkodami choćby się przemieścić. O wjeździe na którąś z nich nie wspominając. Podskakuję na desce jak smutna pizda w okolicach minirampy, której i tak nikt nie używa, a potem robi się późno, więc nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do domu. I się na siebie wkurwić, a potem spróbować się przekonać, że przecież zrobiłam jakiś mikro progres chuj-wie-w-czym.

Dziś mogłam to wreszcie odreagować. Dwie godziny z Konradem w niemal pustym parku w środku dnia! Zaczęło się dobrze: w końcu załapałam, na czym polega wykrętka na flacie przy większej prędkości, potem wykrętka na quarterze na większej wysokości (i przy większej prędkości podjazdu) niż wcześniej, a następnie udało mi się wjechać na krawężnik metodą “unieś przednie kółka, unieś tylne kółka”. W tym momencie przechodzimy na wzgardzoną przez wszystkich minirampę (a właściwie wzgardzoną dlaczego?) i niestety dobra passa się kończy. Robię dropy, ale sekretnie trochę sram w gacie, robię rock to fakie (za rękę), ale ląduję jakoś krzywo i sram w gacie jeszcze bardziej, a kiedy w końcu umawiamy się na próbę bez ręki (to jest: ręka tylko w razie potrzeby), tracę równowagę i moje prawe biodro wespół z barkiem zaliczają bliskie spotkanie trzeciego stopnia z drewnianym podłożem (w tej sytuacji wielkiej różnicy, że to nie beton, to nie robi). Spotkanie było fest: minęło już 8 godzin od upadku, a bark podczas prób poruszania nim nadal boli niehumanitarnie.


I co teraz? Bezpośrednio po upadku czułam się straumatyzowana, teraz - w sumie nie wiem. Na pewno znacznie już puściło, ale nadal, kiedy tylko przypomnę sobie to uczucie niepewności pod nogami w chwili wjazdu na coping, robi mi się jakby gugu w środku. No i boję się kolejnych mocnych upadków… Jutro będziemy dożynki na minirampie kontynuować, wtedy zatem tak naprawdę okaże się w pełni co i jak. A tymczasem reset głowy i bierzemy się w garść.

wtorek, 4 lipca 2017

Dzień 46: 360 fakie kick turn

Dzisiejsza nowość od Konrada to 360 fakie kick turn. W rozbiciu na dwie części manewr wchodzi bez problemu, jednakowoż celem jest tu oczywiście jeden płynny ruch. Ku swojemu niedowierzaniu dwa razy udało mi się tak wykręcić deskę, żeby poczuć moc pełnego obrotu, choć niestety nie utrzymałam się już podczas samego zjazdu po. Trudność: podnieść deskorolkę na tyle nisko, żeby nie zahaczyć tailem, a na tyle wysoko, żeby w ogóle przeprowadzić cały obrót.


Na zakończenie uskuteczniłam również pierwsze próby hippie jump. Ewidentnie mam problemy z lądowaniem na jadącej desce, co zresztą potwierdza się również przy shove it, a nawet - biegnącym starcie. Spadam i w ogóle nie mam kontroli, sklejka błyskawicznie ucieka mi spod nóg albo po prostu w poczuciu nierównowagi spadam z niej ja. Lądowanie na prostym łokciu (ała!) tym bardziej nie poprawia sytuacji. 

niedziela, 2 lipca 2017

Dzień 45: sąsiad nie lubi deskorolki

Po raz pierwszy w życiu zostałam (nie)grzecznie poproszona o zaprzestanie czynienia hałasów na osiedlowym chodniku w imię tego, że jazda na deskorolce to “miła zabawa”, ale sąsiad “musi się wyspać”. W pierwszym odruchu miałam oczywiście silną i infantylną ochotę się zbuntować, ale wyszło na to, że po prostu przeniosłam swoje jestestwo (oraz domniemane hałasy) w inne miejsce. Bo taka jestem wychowana i przystosowana. A ponieważ w każdej chwili mógł mi wyskoczyć z argumentem spania/telewizji oglądania/modlitwy wieczornej ktoś inny, popróbowałam jeszcze przez kilkanaście minut ollie oraz start z rozbiegu (z którym wciąż mam problemy), a potem poszłam potulnie do domu.

Podsumowując, plan na dzisiejsze nauki był taki, żeby podnosić tylną nogę - już bez podpórki - i to się na szczęście jako tako udało. Kolejnym etapem jest ćwiczenie wyższego podbicia oraz drag. Zamieszczam tutaj nagranie dzisiejszej reprezentatywnej próby w wersji bardzo slow motion - tak żeby w ogóle można było zarejestrować moment podniesienia tylnich kółek. Jednocześnie uznaję to za punkt wyjścia do dokumentowania progresu. Cóż, przynajmniej niżej już nie będzie!




sobota, 1 lipca 2017

Dzień 44: wybijanie tylnej nogi do ollie

Problem: wylądowałam pod Krakowem na weselu, jeździć zupełnie nie ma jak i gdzie. 

Rozwiązanie: urwałam się z wesela wcześniej i przez godzinę trenowałam wybijanie tylnej nogi do ollie w garażu ojca (póki co jeszcze się podpierając). Ogłaszam mały przełom! Teraz jeszcze tylko podskoczyć wyżej, ogarnąć drag i zrobić to wszystko bez podparcia. Easy?