Dziś w ramach odtraumatyzowywania się pierwszą część zajęć z Konradem poświęciliśmy na ćwiczenie ollie przez tzw. kratkę. Kratka ściekowa ciągnie się w poprzek skateparku mniej więcej na wysokości większej minirampy, liczy sobie kilkanaście centymetrów szerokości, nie mając przy tym wysokości, i jest nad wyraz wdzięcznym (czytaj: bezpiecznym!) obiektem do przeskakiwania - co też zresztą wielu bywalców Potockiej mimochodem i od niechcenia czyni.
U mnie oczywiście chcenie jest wielkie, a do tego wcale nie muszę tego robić nonszalancko, ale i tak (a może właśnie dlatego?) stosunek wychodzenia do niewychodzenia plasuje mnie w gronie frajerów.
No dobrze, tak naprawdę to i tak jestem zadowolona, bo przynajmniej kilka razy kratkę faktycznie przeskoczyłam, a jeszcze do niedawna perspektywa poradzenia sobie z płaską przeszkodą kompletnie mnie blokowała. A zatem odnotowuję progres. Przy okazji garść przemyśleń:
- przy większej prędkości ollie nie potrafię się dobrze wybić, ani tym bardziej utrzymać się przy lądowaniu
- nie mogę patrzeć na przeszkodę wprost, muszę ją rejestrować kątem oka, a skupiać się na desce, inaczej ciało źle mi się układa
- największym problemem (poza zbyt niskim skokiem, ale to akurat rozwija się podobno z czasem) jest obecnie drag, nie wiem jak dociągnąć przednią stopę do końca!
Drugą część zajęć poświęciliśmy na przejście ze stania w pozycji 50-50 do zjazdu na minirampie. Na tę chwilę potrafię dokonać tego manewru za rękę (zaczęło się od dwóch), ale na myśl o tym, że miałabym się pokusić o taki zjazd sama, błyskawicznie zastygam. Cóż, wiemy już, nad czym muszę popracować w najbliższym czasie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz