piątek, 30 czerwca 2017

Dzień 43: pumptruck

Strefa komfortu jest miła, wygodna, bezpieczna, do porzygu nudna, a im dalej w starość, tym trudniej się stamtąd wydostać choćby na chwilę. Więc biorę deskę i nagle ląduję gdzieś poza, tam gdzie serce napierdala, ciało zastyga, a w myślach pulsuje jedynie: “boję się jak ja pierdolę”. To najstraszniejszy i najwspanialszy moment jednocześnie, czarna euforia, czyste elan vital. 
Tym razem dobre 10 minut zajęło mi zebranie się w sobie na tyle, żeby odważyć się na zjazd po torze do pompowania w Hangarze 646. Niby chcę, niby wiem, że jestem w stanie zjechać i nie umrzeć, a potem będę się z tego ekstatycznie śmiać, ale tu i teraz nogi nie potrafią się ruszyć choćby i o przysłowiowe 16 centymetrów. 
Godzę się z myślą, że tym razem odpuszczę i to też będzie ok, bo czasem odpuścić można, ale wtedy przychodzi ożywcze wkurwienie. Jakie ok?! Bierzesz wdech, odpychasz się i najwyżej po raz kolejny się przewrócisz, noł bigi! 
Za pierwszym razem zjeżdżam kawałek i zeskakuję: jest za szybko, nie ogarniam! Za drugim razem docieram dalej, ale impet zrzuca mnie z deski sam. W trakcie trzeciej próby pokonuję cały początkowy łuk, zaczyna mi się to jakby podobać, tym niemniej wciąż jeszcze wymiękam tuż po podjeździe. Pół godziny później i już myślę tylko o tym, jak by tu się rozpędzić na maksa, a potem przejechać jak najdłuższy odcinek na fakie, bo nie ma nic lepszego na świecie niż zamienić przerażenie w zajawkę!


PS Jaram się muldami.


czwartek, 29 czerwca 2017

Dzień 42: wykrętka na minirampie

Dlaczego wykrętka na minirampie wydaje się działać zupełnie inaczej niż wykrętka na quarterze? I nagle wszystko trzeba robić 2 razy szybciej, przy czym oczywiście okazuje się, że istnieje coś takiego jak "za szybko" i to jest jeszcze gorsze?

Problemy, z którymi się aktualnie borykam:
- przekręcam się za szybko
- przekręcam się za wolno
- przekręcam się za wcześnie
- za wcześnie przekręcam ramiona
- w ogóle nie przekręcam ramion
- zostaję za bardzo z tyłu
- za bardzo się pochylam do przodu
- nie patrzę na deskę, tylko gdzieś przed siebie
- nie schodzę wystarczająco nisko na nogach
- w momencie zjeżdżania zaczynają łączyć mi się nogi
- ruch ciała nie jest skoordynowany z ruchem deski
- utykam w połowie obrotu i asekuracyjnie schodzę z deski, bo boję się zaryzykować dociągnięcie ruchu do końca, co mogłoby się wiązać z powiększaniem opuchlizny na biodrach




Ostatecznie kilka razy udało mi się przekręcić jak należy, ale ilekroć przymierzam się do tego przeklętego manewru na nowo, nigdy nie wiem, jaki będzie tego rezultat i co sprawia, że akurat tym razem wszystkie elementy będą współdziałać poprawnie.

środa, 28 czerwca 2017

Dzień 41: powolny progres


Krótko i bez pierdolenia: zjechałam z przeszkody (w sensie: off the carb)! Kosztowało mnie to wiele prób za rękę na oczach całego skateparku oraz nietrafionych momentów w stylu “za mało do przodu”, “za mało do tyłu”, “za dużo do tyłu”, “za dużo do przodu”, "nogi za blisko" i tak dalej, ale ostatecznie siadło (czy raczej - spadło!). 

Najfajniejsze jest to, że grindbox miał kilkadziesiąt centymetrów wysokości, więc można powiedzieć, że to już kilka krawężników ustawionych jeden na drugim. Jedyne, co mnie martwi, to fakt, iż zajęło mi to tak dużo czasu... I że wszystko, co wymaga jakiegokolwiek lądowania na desce (z biegnącym startem włącznie), przychodzi mi z taką męczącą trudnością. A ja niestety nie mam już tylu sprawnych fizycznie lat przed sobą, żeby pozwolić sobie na wolno postępujący progres!

wtorek, 27 czerwca 2017

Dzień 40: nowa sztuczka


Dziś nauczyłam się sztuczki z “koziołkowaniem” deski stopą, a następnie wskakiwaniem na nią obiema nogami. Radość jest tym większa, że jeszcze nie dalej jak wczoraj nie byłam w stanie obrócić deski nawet podczas przymiarek na sucho, nie spodziewałam się więc, że już nazajutrz poprawię rezultat o 100%. Zasypiająco jaram się!

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Dzień 39: shove it

Stało się: w końcu zrobiłam swój pierwszy fakie shove it w ruchu. Kilka razy! Oczywiście za sukcesem - poprzedzonym zmuszaniem mnie do testów na sucho przy barierce i to pomimo moich wyraźnych oporów - stoi Konrad. Aż mnie to trochę zaczyna złościć, że sama z siebie nie umiem tak po prostu czegoś zrobić i to zrobić skutecznie. 


Tak czy owak, dziś udało mi się również przypieczętować shove it także w moim zwyczajowym kierunku jazdy, a na zakończenie - zrobić w pełni samodzielnie dropa z najwyższej części skateparku (bez konradowego stania na dole na "w razie czego"). I pomyśleć, że raptem dwa miesiące temu jeszcze by mi do głowy nie przyszło, że będę mieć swoją deskorolkę, chodzić do skateparku, chcieć robić na niej tricki i mieć zajawkę milion!

Dzień 38: dużo prób wszystkiego

Dziś działam metodycznie - jak przystało na pracownika branży IT (sic!). Cel nadrzędny: przeprowadzić minimum 100 prób wyklętki (alias “wyklętej wykrętki”), a do tego poćwiczyć shove it, ollie i co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy.

Wyklętka:
operacja zakończyła się powodzeniem w 25 przypadkach, czyli średnio 1 na 4 podejścia wjeżdżam, przekręcam się i - jeszcze nieco krzywo oraz niepewnie, ale za to w pełni glorii i chwały - zjeżdżam, nie spadając! Dużo to czy mało? Pozostanę przy “obiecująco”. Chyba wreszcie zaczęłam używać głowy nie tylko do nadmiernego analizowania (w tej sytuacji wystarczy ją bowiem przekręcić), więc spodziewam się rychłego przełomu.

Shove it:
Miało być rozbiegowe 10 prób, skończyło się na 50. I chyba tyle mam w tym temacie do powiedzenia, bo niestety chwalić się tu nie ma czym. Niby “taki prosty trick”, a ja sobie z nim po prostu nie radzę czy też - radzę bardzo okazjonalnie. Następnym razem spróbuję 200 razy, kto upartemu zabroni!

Ollie:
Po obejrzeniu https://www.youtube.com/watch?v=gdV3H11J9TI wiem jeszcze więcej w teorii i… jeszcze mniej w praktyce. Próbowałam, zgodnie z sugestią, ćwiczyć skok, trzymając się barierek. Moim podstawowym problemem jest brak wybicia tylnej nogi. Zaczęłam ją zatem podnosić po popie, a jakże, ale wtedy noga się odrywa, a deska zostaje, czyli przechodzimy do złego timingu. No i ten cholerny drag - a właściwie jego brak. Zasadniczo nic już, kurwa, nie rozumiem. 

Zjazd z krawężnika:
Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem, żeby w końcu wypróbować tego tricku, ale nigdy jakoś nie miałam odpowiedniego krawężnika pod nogą. Tym razem udało mi się wreszcie wbić na minirampę bez poczucia, że dezorganizuję cały flow skateparku, i rozpoczęłam testy. Niby parę razy udało mi się zjechać jak należy, ale nadal nie do końca czuję, w którym właściwie momencie powinnam unieść przód deski. Z kolei samo uczucie w trakcie lądowania tworzy ciekawą mieszankę doznań: jest trochę przyjemnie, a trochę okropnie. Zdecydowanie mam ochotę na więcej testów i z wyższej wysokości (żeby przełamać strach).

sobota, 24 czerwca 2017

Dzień 37: rock to fakie

Zastanawiam się, o czym właściwie świadczy fakt, że na zajęciach z Konradem radzę sobie niezmiennie lepiej niż kiedy jestem pozostawiona samopas. Niepewność? Brak odwagi? A może chodzi po prostu o to, że kiedy ktoś mówi mi, że mam coś zrobić, to najzwyczajniej w świecie robię i nie ma, że “nie wiem”, "dziś nie mam siły" albo “jeszcze za mało umiem”?

Dzisiejszy dzień upłynął pod hasłem “rock to fakie” (i pompowania! *). Do tej pory rzeczony manewr wydawał mi się nieco stresujący. Zupełnie instynktownie przechylałam się do przodu w chwili, gdy deska zaczynała pionowo wjeżdżać na blachę, co oczywiście wprawiało ją w jeszcze szybszy ruch, mnie wyrzucając przy okazji do tyłu. Kilkadziesiąt prób później i chyba zaczęłam to czuć. Sekret podobno polega na tym, żeby… nie robić nic. Wjechać, wytrzymać i zjechać, unikając przechylania czy przebierania nogami. Kilka razy udało mi się to wykonać samodzielnie!

Niestety perspektywa przeprowadzenia tej operacji bez Konrada stojącego obok, który to w razie czego skutecznie uchroni me biodra przed dalszym obijaniem się, póki co napawa mnie przerażeniem. Cóż, kolejna bariera, kolejne wyzwanie, do ogarnięcia w poniedziałek?

W temacie barier: coraz bardziej oswajam się ze zjazdem, po którym mam pamiątkę w postaci wielkiego czarnego krwiaka na prawym biodrze (patrz: “czysty masochizm”). Pierwsze podejście w danym dniu jest jeszcze nieco straszne, ale straszność powoli ustępuje na rzecz przekonania, że ogarniam. Po prostu. Powoli zaczynam też pokonywać wykletą wykrętkę, choć tutaj nadal stosunek prób udanych do nieudanych jest przerywany. No i ollie… Chyba się sfrustrowałam. Podskakuję jak kulawa suczka i zupełnie nic z tego nie wynika. Jak wybijać tę tylną nogę, do chuja?!


* Przerwałam w momencie, gdy stoper pokazywał 4:10, a mnie nogi już odmawiały posłuszeństwa.

czwartek, 22 czerwca 2017

Dzień 35: czysty masochizm

Zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, myślisz “o kurwa, boli, to się nie może powtórzyć”, zjeżdżasz, wydupiasz biodrem o beton, wstajesz, otrzepujesz się, wchodzisz na wzniesienie, myślisz “ja pierdolę, zaczyna mnie to niepokoić”, zjeżdżasz, wydupiasz…


Było tego bodajże 5 razy. A na koniec jeszcze poprawiasz na lewe biodro w trakcie prób wykonania wykrętki na rampie - aż zabolało nawet w kroczu. Czego się dzisiaj nauczyłam? Że jazda na deskorolce jest trudna, a ja nie znoszę się poddawać, nawet gdy ciało boli i się boi. No i że spuchnięte z obu stron biodra wyglądają chujowo, czas na szerokie spodnie.

PS Zaczęłam w końcu ćwiczyć tic-tac na switchu.

Dzień 34: dzień deskorolki

Z okazji Światowego Dnia Deskorolki najpierw się przez pół dnia obijałam, wyglądając tęsknie za okno, a następnie samozwańczo skróciłam sobie czas pracy i pojechałam oglądać konkursy na Stadionie Narodowym. Zgodnie z moimi przewidywaniami dominujący profil demograficzny zarówno samych uczestników, jak i całkiem licznie zgromadzonej widowni to osobnik płci męskiej w wieku 16-20 lat, czyli witajcie nie w naszej bajce (sic!). Postałam, popatrzyłam, pozazdrościłam i… poszłam jeździć na Potocką. 


Wreszcie zaczynam się przełamywać, jeśli chodzi o moje wizyty w skateparku. Oczywiście głównie wynika to z faktu, że bywalcy zaczynają mnie witać i/lub żegnać, ale też powoli wzrasta mi poziom samego wyjebania na reakcje otoczenia, więc do końca wakacji powinnam się tam czuć w pełni swobodnie. Tym razem ćwiczyłam zaprezentowane dzień wcześniej przez Konrada dwie nowe wykrętki, cel w postaci 5 udanych manewrów z rzędu został osiągnięty.

środa, 21 czerwca 2017

Dzień 33: pierdolona magia

Jedną z rzeczy, która ekscytuje, przeraża, a przy tym wszystkim uzależnia mnie najbardziej, jest przekraczanie własnych barier. Weźmy na przykład mój lęk przed zjazdami ze stromych wzniesień (no dobrze - takich, które mi się strome wydają). Stoję na szczycie, patrzę w dół, dusza i kiszki błyskawicznie zwijają mi się w rulonik, och, jak bardzo chciałabym mieć to już za sobą, czy będzie gleba, ja chyba tego nie czuję, strach ma coraz więcej pozwijanych kiszek, potrzebuję czasu, żeby się zebrać, rusz się, nie, muszę mieć pewność, że jestem gotowa, co ty odpierdalasz, może jednak zejdę, nie bądź frajerką, jadę, nie, kurwa, teraz to już muszę, aaaa!!! 


Tak było podczas pierwszej próby. Kilkanaście zjazdów później, każdy nieco mniej traumatyczny od poprzedniego, i nagle gdzieś cały ten napompowany lęk pęka jak balonik, a ja czuję się w zasadzie… komfortowo. Wystarczy tylko i aż chcieć się przełamać. I nie zrezygnować. Bełkot czy nie, to jest po prostu pierdolona magia.

niedziela, 18 czerwca 2017

Dzień 31: manual w miejscu


Co zrobić, kiedy lądujesz pod Lublinem, jest już późny wieczór, a na zewnątrz pada deszcz? Stajesz pod małym zadaszeniem, przytrzymujesz się rury i przez pół godziny (bo lepsze to niż nic) pizgasz manual w miejscu (czy raczej - próby uzyskania manuala w miejscu), duh!

Dzień 30: na przeczekanie


Już zdążyłam się nauczyć, że są takie dni, kiedy nic nie wychodzi i albo można się wkurwić, obrazić na świat, a na koniec w dodatku zrobić sobie krzywdę, albo zaakceptować ten stan i spróbować z niego wyciągnąć jak najwięcej. Tym razem udało mi się nie ulec frustracji i po prostu skupić się na kontynuowaniu żmudnych nauk manuala w myśl zasady “lepiej zrobić trochę czegoś małego niż zrobić nic czegoś spektakularnie dużego”. 
W efekcie jeżdżenia w tę i we w tę - a uczciwie w tym miejscu przyznajmy, że mowa o jeździe bez większego przekonania - parę razy zdołałam podnieść wyżej niż dotychczas deskę i dzięki temu po raz kolejny lekko zrekalibrować mózg w kierunku właściwego ustawienia. Przyjmuję ten jakby-sukces bez szemrania. 

czwartek, 15 czerwca 2017

Dzień 29: jestem bogiem

Odczarowałam wykrętkę na rampie! Prób było sporo, z tego spora część bez przekonania, ale ostatecznie udało mi się ten manewr wykonać dwa razy. Sukces cieszy podwójnie, bo poza znalezieniem właściwego układu ciała przełamałam się psychicznie - a już powoli zaczynałam nabierać przekonania, że zablokowałam się byłam na dłużej (czyli co najmniej do czasu zniknięcia siniaków).

Dodatkowo po raz pierwszy zjechałam z najwyższej przeszkody vis a vis rampy, a to również kosztowało mnie niemałą szarpaninę wewnętrzną. Wszelkie strome powierzchnie wywołują u mnie naturalny niepokój, ale między innymi po to właśnie zaczęłam jeździć na desce, żeby się z tym lękiem zmierzyć, więc tak, dziś jestem bogiem! A stan ten w dużej mierze zawdzięczam niezmordowanemu Konradowi, który naprawdę wspaniale uczy. Skorzystanie z jego usług - oprócz zakupienia deski, ma się rozumieć - było zdecydowanie najlepszą decyzją, jaką podjęłam w ciągu ostatniego miesiąca.

środa, 14 czerwca 2017

Dzień 28: ollie nie boli (chyba że duszę)

Udało mi się wyrwać do skateparku w środku dnia w nadziei, że spotkam tam co najwyżej kilka dzieciaków na hulajnogach - niestety. To niesamowite, że niemal za każdym razem, kiedy się tam w końcu pojawię, trafiam na niemal zupełnie nowy skład kolejnych wymiataczy i pierwsze 15 minut zmuszona jestem niezmiennie poświęcać na przekonywanie się, że mój brak skilla nie ma tak naprawdę znaczenia, a każdy jest tu mile widziany (a jest?).

Plan był taki, żeby zmierzyć się z blokadą dnia poprzedniego i nauczyć wykrętek na rampie, unikając jednocześnie lądowania na lewym spuchniętym biodrze. Ale jak tu się przełamać i nie załamać, jeśli jedyne, co mam w głowie, to “byle nie upaść, byle nie upaść, byle nie upaść”, a nie - “umiem to zrobić i to zrobię!”? Więc nie zrobiłam. Do tego nabawiłam się kolejnych dorodnych siniaków na kolanach, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach coraz bardziej bolesnych prób dałam za wygraną w nadziei, że jutrzejsze nauki za rękę pomogą mi to sobie poukładać w głowie na nowo. 

Z rzeczy miłych: odnotowałam dalszy progres w kwestii manuala. Kilka razy udało mi się przez dłuższą niż wcześniej chwilę gładko płynąć w stanie pozornej nieważkości i było to po prostu wspaniałe! W końcu zaczynam robić użytek z rąk i bardziej aktywnego balansu resztą ciała, pozostaje jeszcze popracować nad zachowaniem kolan (podpatrzone: muszą się ruszać do przodu i do tyłu!). 


Na deser (alias dobitkę) zabrałam się za trenowanie ollie. Jeśli chodzi o lądowanie, skuteczność skoczyła tutaj do 90%, w ruchu również nie jest najgorzej, bo udaje mi się trafić w deskę w granicach 80% przypadków, niestety sam lot bardziej przypomina tutaj zagubiony podryg lub skok, który w ostatniej chwili się po prostu rozmyślił. Próbuję sobie jak najczęściej wyobrażać konieczną sekwencję ruchów i wiem, że pociągnięcie deski nie może nastąpić za wcześnie, ale jeszcze nie potrafię tego oddzielić. No i tak to.

wtorek, 13 czerwca 2017

Dzień 27: blokada


Dziś wyszło tak, że nie wychodziło nic: najwyraźniej niedzielne obicie biodra wywarło na mnie bardziej traumatyzujący efekt niż pierwotnie myślałam. Grzechy główne: brak rozgrzewki, rozkojarzenie, PMS, a do tego tłum w skateparku zadziałał jeszcze bardziej onieśmielająco niż zwykle. Przez całe zajęcia bałam się przekręcić, żeby znowu nie upaść prosto na opuchliznę, przez co oczywiście nie udało mi się zrobić wykrętki na żadnej z ramp. Początkowo jeszcze próbowałam z tym walczyć, ale potem poddałam się rezygnacji całkowicie i po zakończonej lekcji z Konradem nawet nie próbowałam ćwiczyć na własną rękę (a w tym przypadku - nogę). Nie lubię. Jutro tam wracam i nie ma, że boli!

Dzień 26: przekręcić się w miejscu o 180*

Drugi dzień z rzędu cisnę manual w formule tam-i-z-powrotem-aż-do-zajebania, dzięki czemu coraz częściej łapię ten magiczny punkt zawieszenia w powietrzu na czas trwania “razdwatrzyczterypięćcześćsiedem” wypowiedzianego bardzo szybko. Przy okazji dotarło do mnie, ze dojeżdżanie do jednego końca skateparku, schodzenie z deski, a następnie kopanie jej w celu ustawienia jej w przeciwnym kierunku jazdy nie jest zbyt wydajne (a już na pewno dobrze nie wygląda), zdecydowałam się więc spróbować obrotu o 180 stopni w miejscu (oraz lekkim ruchu). Działa! Kosztowało mnie to kilka nieporadnych prób i jeszcze nie zawsze wychodzi, tym niemniej można uznać, że achievement dnia został unlockowany.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dzień 23, 24, 25: coraz więcej siniaków


Dzień 23: anty-lansu na Polu Mokotowskim ciąg dalszy. Jazda na switchu staje się coraz pewniejsza, a nieskażone przerwą sekwencje - dłuższe. Niestety skutkiem ubocznym - poza satysfakcją i czymś na kształt przyjemności, która nieśmiało wypiera poczucie niehalo - jest ból w podbiciu lewej stopy. Stopa w przeciwieństwie do mózgu źle znosi codzienne i coraz bardziej przedłużające się sesje balansowania na kawałku drewna na kółkach. Cóż, każdy skejt jest podobno masochistą, powtarzam więc w myślach “pain is temporary…” i jazda.

Dzień 24: czwarta lekcja z Konradem przynosi pierwsze udane (ale też sporo nieudanych, wiadomo) próby wykrętki na bardziej stromej powierzchni. W tym miejscu pragnę po raz kolejny podziękować sprzedawcy za przekonanie mnie do zakupu ochraniaczy: wyglądają chujowo i czuję się w nich jak skończona frajerka, ale przynajmniej nie boję się próbować. I przewracać. Przewracać. A potem przewracać jeszcze więcej. Za każdym razem, kiedy podjeżdżam pod rampę, subiektywnie rozpędzona w chuj i ze świadomością, że tu nie ma czasu na wahanie czy analizy, bo jak nie odwrócę się od razu, to już nie odwrócę się wcale, a do tego będzie pewnie gleba, siniaki i ból, doznaję mieszanki strachu, ekscytacji i antycypacji, a jeśli manewr się uda - dochodzi do tego także wystrzał serotoniny, adrenaliny, endorfin i jedynego w swoim rodzaju poczucia “fuck, yeah!”. Dlatego właśnie chcę jeździć na desce, dlatego kocham wspinanie, po to w ogóle wychodzę rano z łóżka. Tylko dlaczego uświadomiłam to sobie dopiero po 30-tce?!

Dzień 25: Dzień wcześniej wystartowałam w biegu firmowym. Wyśrubowałam życiówkę, fajnie, w klasyfikacji ogólnej kobiet znalazłam się na 98. miejscu na ponad 800 uczestniczek, jeszcze fajniej, ale brak biegowego przygotowania oraz należytej ilości snu post factum pozostawił moje mięśnie w stanie opłakanym, żeby nie powiedzieć - płaczącym. Płakać chciało mi się zresztą również na myśl o wyjściu na deskę, bo masochista miał dzień restowy, ale wtedy drugi bieg wrzuciła niezmordowana determinacja (a może absurdalny upór?). A zatem wyszłam i to rozjeździłam. Udało mi się nawet poczynić nieznaczne postępy w kwestii manuala, jest to jednak bardziej “pociecha w obliczu braku sukcesów” niż faktyczne osiągnięcie. Ponadto stłukłam sobie lewy łokieć, obiłam lewe biodro (z opuchlizną włącznie) i zdobyłam kolejne siniaki. Powoli zamieniam się w człowieka auto-demolkę. 

PS W bonusie udało mi się zrobić mój pierwszy w życiu przysiad na trickboardzie. Jaram się.

piątek, 9 czerwca 2017

Dzień 22: coraz szybciej!

Jak na osobę, która próbuje nie przejmować się cudzym zdaniem, okazuję się być zaskakującym tchórzem w kwestii skateparków. Niby wiem, że każdy kiedyś zaczynał, a jeżdżący wymiatacze mają w dupie to, co się robi, czy raczej - czego się robić nie udaje - ale i tak koncepcja wizyty w skateparku w pojedynkę i to w dodatku w godzinach szczytu (a niestety tylko takie wchodzą w grę) wywołuje u mnie ucisk żołądka większy niż odczuwana przeze mnie żądza dobrego betonu. No i jeszcze ta nieunikniona różnica wieku w zestawieniu z co najmniej połową skejtowego środowiska…

Efekt? Byle pretekst jest dobry, żeby do skateparku nie pojechać. Ostatnio powodem numer jeden jest “doskonalenie jazdy”, tak więc dzień 22 upłynął mi pod hasłem odpychania i jeżdżenia na switchu. Aaron Kyro (skejt, instruktor i scjentolog w jednym) twierdzi, że swobodne czucie deski wypracowane w oparciu o wiele godzin zwykłego poruszania się na niej jest kluczowe i skandalicznie często ignorowane, postanawiam więc się do mądrej rady zastosować i cisnę odpychanie. Po drugim dniu na Polu Mokotowskim mam już ustaloną i podzieloną na kawałki trasę: każdy taki kawałek przejeżdżam najpierw na swoją nogę, a potem zmiana - aż do bólu mózgu.


No właśnie, mózg się buntuje, ale powoli temu szaleństwu ulega, wespół zresztą z oswajającym się z całą sytuacją ciałem. Po każdej takiej sesji na switchu jestem w stanie jechać coraz szybciej po przesiadce na swoją stronę, poprawia się też sama płynność odpychania. Udało mi się na przykład rozpędzić na tyle, żeby wyprzedzić co bardziej opieszałych (czytaj: początkujących) rolkarzy, więc kolejny cel to zmierzyć się z kimś, kto potrafi na desce zapierdalać. A potem mu dorównać. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Dzień 21, czyli jak tu do cholery nie obijać sobie łokcia (!)

Uparcie próbuję nauczyć się fakie shove it, przez co równie uparcie zderzam się łokciem z betonem - zanim w ogóle zdążę pomyśleć "o kurwa". 

Próbowałam oczywiście upadania się nauczyć: przewracałam się kilkadziesiąt razy, w różnych konfiguracjach i lecąc w dół możliwie szybko, niestety w warunkach bojowych nie jestem w stanie zapanować nad odruchami ani trochę.

Oprócz bólu łokcia staram się wystawiać również na ból mózgu, próbując doskonalić jazdę na switchu. I kiedy tak się mozolnie i powolnie odpycham, niepewnie stojąc na nogach i będąc wyprzedzaną nawet przez emerytowanych przechodniów, w głowie majaczy mi tylko jedno:

"Pierdolone instynkty. "

środa, 7 czerwca 2017

Skąd pomysł?

Na początku roku skończyłam 34 lata: to wiek, w którym powinno się mieć męża, dziecko, kredyt na koncie, karierę i poukładane w głowie. Ponadto całe życie potykam się o własne nogi, bo po prostu nie wyczuwam granicy pomiędzy moim ciałem a resztą otoczenia zbyt dobrze. Spadam ze slacka, ledwie ustoję na trickboardzie, na snowboardzie udało mi się wyhodować rekordowej wielkości krwiaki od upadków. O dziwo, nieźle radzę sobie w połogach (patrz: wspinanie), ale to balans statyczny, więc chyba nie do końca się liczy. I co?

I niespełna dwa miesiące temu obejrzałam dokument “Bones Brigade: An Autobiography” o narodzinach najsłynniejszego teamu deskorolkowego w historii, a potem coś we mnie zakiełkowało. Incepcja koncepcji jazdy na deskorolce, level 1. Z początku te niewinne i przelotne myśli z kategorii “a może by tak…?” szybko zbyłam żelaznym: “nie, przecież jesteś za stara, nie masz czasu, nie masz predyspozycji, a do tego także i jaj” i o temacie w zasadzie zapomniałam. Ale im dłużej trwała podyktowana kontuzją barku wspinaczkowa indolencja, tym częściej deska majaczyła gdzieś na granicy ego i id, aż w końcu przedarła się do świadomości całkowicie i tak oto klamka zapadła: “dziś po pracy jadę kupić deskorolkę”. Hurra! 

Tylko na czym ja właściwie chcę jeździć? I jak? Skoro na początku miałabym się tylko przemieszczać - wszak tricki są trudne/niebezpieczne/no po prostu nie dla mnie - może warto rozważyć longboard? Cruiser? Penny board? Nieee. Niby na samą myśl o odrywaniu się z deską od ziemi zalewa mnie fala czystej abstrakcji, ale już coś w środku szepcze, ze zwykłe przemieszczanie się na desce będzie po prostu nudne, a w dodatku - obrzydliwie ostentacyjne. A zatem deska. 

W sklepie z początku nie jestem nawet w stanie samodzielnie na nią wejść. Sprzedawca (czy w ogóle pełnoletni?!) z grzeczności zauważa, że to pewnie kwestia opinających me stopy balerinek, ale ja wiem lepiej: są wygodne, z podeszwami na dobrej gumie, więc skoro nie potrafię sama stanąć na kawałku wyłożonego papierem ściernym drewna, to znaczy po prostu tyle, że jestem chujowa. Deska lata pode mną, wyglądam jak ciotka klotka z fanaberią, tym niemniej pomysł, żeby zaoszczędzić niemal 400zł (oraz własne tkanki) nie nadchodzi. Wychodzę z deskorolką pod pachą - podekscytowana jak 6-latek w oczekiwaniu na św. Mikołaja - a 20 minut i jeden szybki filmik szkoleniowy filmik na YouTube później już stoję pod własnym blokiem, gdzie zaczynam oswajać się z moim nowym gadżetem.

Plan jest taki, żeby przez pierwszy miesiąc jeździć codziennie - choćby przez chwilę - i zobaczyć, czy moje osiągnięcia będą lepsze niż te dziewczyn z Buzzfeeda, które podjęły się podobnego eksperymentu. Szybkie wyjaśnienie: zanim stanęłam na desce, w naiwności swej ukułam plan, że pewnie szybka sesja po mieście w wymiarze 2 razy na tydzień wystarczy, aby zaspokoić zew przygody, ale już pierwsze upajające doświadczenia tamtego pamiętnego wieczoru pokazują, że będę chciała to robić codziennie, bo jest radość. I żeby mieć poczucie, że od kogoś mogę być lepsza, a co! I niech to będzie choćby i 15 minut, ale konsekwentnie. A potem przestaje wystarczać cała godzina, dwie, dwie i pół… 

Chcę więcej, bardziej, dłużej, lepiej! Jeżdżę, przewracam się, otrzepuję i wstaję, kupuję ochraniacze (na początku zamierzam tylko na nadgarstki, ale sprzedawca wciska mi także te na kolana - chwała mu! - potem sama już dokupuję nałokietniki po stłuczeniu prawego łokcia), przewracam się bardziej, zanoszę się śmiechem, każde najmniejsze zwycięstwo smakuje jak czekolada nadziewana serotoniną, a ja po prostu lewituję. Po 20 dniach i 3 lekcjach z instruktorem deskorolki (tak, istnieją tacy!) umiem:

1. mikro ollie (no, wiadomo, że częściej nie wychodzi niż wychodzi, ale dobre i to)
2. shove it w miejscu (próby uskutecznienia shove ita w ruchu zakończyły się stłuczeniem rzeczonego łokcia, tu podobnie proporcje wychodzenia do niewychodzenia są na razie na moją niekorzyść)
3. wykretkę na fakie i wykrętkę pod małą górkę (to ostatnie to wczorajszy “nabytek”)
4. drop na mini rampie (aaa!!! - przeżycia z tym związane zasługują na osobny wpis)
5. skoczyć na deskę z ławki
6. pojeździć (choć bez przekonania) na switchu
7. skakać na desce w ruchu (nie było to takie łatwe i nadal nie robię tego zbyt wysoko)
8. coraz szybciej się odpychać 
9. trochę pompować na mini rampie
10. skręcać przez balans ciałem oraz tic-tac
11. hamować przez podniesienie deski (ale to tylko na dobrym betonie w skateparku)

Najbliższe cele:

1. manual (na razie to takie irytująco nieskuteczne podrygi)
2. shove it w ruchu
3. normalnie wyglądające ollie
4. jeżdżenie na mini rampie od końca do końca
5. zjeżdżanie z krawężników