Na początku roku skończyłam 34 lata: to wiek, w którym powinno się mieć męża, dziecko, kredyt na koncie, karierę i poukładane w głowie. Ponadto całe życie potykam się o własne nogi, bo po prostu nie wyczuwam granicy pomiędzy moim ciałem a resztą otoczenia zbyt dobrze. Spadam ze slacka, ledwie ustoję na trickboardzie, na snowboardzie udało mi się wyhodować rekordowej wielkości krwiaki od upadków. O dziwo, nieźle radzę sobie w połogach (patrz: wspinanie), ale to balans statyczny, więc chyba nie do końca się liczy. I co?
I niespełna dwa miesiące temu obejrzałam dokument “Bones Brigade: An Autobiography” o narodzinach najsłynniejszego teamu deskorolkowego w historii, a potem coś we mnie zakiełkowało. Incepcja koncepcji jazdy na deskorolce, level 1. Z początku te niewinne i przelotne myśli z kategorii “a może by tak…?” szybko zbyłam żelaznym: “nie, przecież jesteś za stara, nie masz czasu, nie masz predyspozycji, a do tego także i jaj” i o temacie w zasadzie zapomniałam. Ale im dłużej trwała podyktowana kontuzją barku wspinaczkowa indolencja, tym częściej deska majaczyła gdzieś na granicy ego i id, aż w końcu przedarła się do świadomości całkowicie i tak oto klamka zapadła: “dziś po pracy jadę kupić deskorolkę”. Hurra!
Tylko na czym ja właściwie chcę jeździć? I jak? Skoro na początku miałabym się tylko przemieszczać - wszak tricki są trudne/niebezpieczne/no po prostu nie dla mnie - może warto rozważyć longboard? Cruiser? Penny board? Nieee. Niby na samą myśl o odrywaniu się z deską od ziemi zalewa mnie fala czystej abstrakcji, ale już coś w środku szepcze, ze zwykłe przemieszczanie się na desce będzie po prostu nudne, a w dodatku - obrzydliwie ostentacyjne. A zatem deska.
W sklepie z początku nie jestem nawet w stanie samodzielnie na nią wejść. Sprzedawca (czy w ogóle pełnoletni?!) z grzeczności zauważa, że to pewnie kwestia opinających me stopy balerinek, ale ja wiem lepiej: są wygodne, z podeszwami na dobrej gumie, więc skoro nie potrafię sama stanąć na kawałku wyłożonego papierem ściernym drewna, to znaczy po prostu tyle, że jestem chujowa. Deska lata pode mną, wyglądam jak ciotka klotka z fanaberią, tym niemniej pomysł, żeby zaoszczędzić niemal 400zł (oraz własne tkanki) nie nadchodzi. Wychodzę z deskorolką pod pachą - podekscytowana jak 6-latek w oczekiwaniu na św. Mikołaja - a 20 minut i jeden szybki filmik szkoleniowy filmik na YouTube później już stoję pod własnym blokiem, gdzie zaczynam oswajać się z moim nowym gadżetem.
Plan jest taki, żeby przez pierwszy miesiąc jeździć codziennie - choćby przez chwilę - i zobaczyć, czy moje osiągnięcia będą lepsze niż te dziewczyn z Buzzfeeda, które podjęły się podobnego eksperymentu. Szybkie wyjaśnienie: zanim stanęłam na desce, w naiwności swej ukułam plan, że pewnie szybka sesja po mieście w wymiarze 2 razy na tydzień wystarczy, aby zaspokoić zew przygody, ale już pierwsze upajające doświadczenia tamtego pamiętnego wieczoru pokazują, że będę chciała to robić codziennie, bo jest radość. I żeby mieć poczucie, że od kogoś mogę być lepsza, a co! I niech to będzie choćby i 15 minut, ale konsekwentnie. A potem przestaje wystarczać cała godzina, dwie, dwie i pół…
Chcę więcej, bardziej, dłużej, lepiej! Jeżdżę, przewracam się, otrzepuję i wstaję, kupuję ochraniacze (na początku zamierzam tylko na nadgarstki, ale sprzedawca wciska mi także te na kolana - chwała mu! - potem sama już dokupuję nałokietniki po stłuczeniu prawego łokcia), przewracam się bardziej, zanoszę się śmiechem, każde najmniejsze zwycięstwo smakuje jak czekolada nadziewana serotoniną, a ja po prostu lewituję. Po 20 dniach i 3 lekcjach z instruktorem deskorolki (tak, istnieją tacy!) umiem:
1. mikro ollie (no, wiadomo, że częściej nie wychodzi niż wychodzi, ale dobre i to)
2. shove it w miejscu (próby uskutecznienia shove ita w ruchu zakończyły się stłuczeniem rzeczonego łokcia, tu podobnie proporcje wychodzenia do niewychodzenia są na razie na moją niekorzyść)
3. wykretkę na fakie i wykrętkę pod małą górkę (to ostatnie to wczorajszy “nabytek”)
4. drop na mini rampie (aaa!!! - przeżycia z tym związane zasługują na osobny wpis)
5. skoczyć na deskę z ławki
6. pojeździć (choć bez przekonania) na switchu
7. skakać na desce w ruchu (nie było to takie łatwe i nadal nie robię tego zbyt wysoko)
8. coraz szybciej się odpychać
9. trochę pompować na mini rampie
10. skręcać przez balans ciałem oraz tic-tac
11. hamować przez podniesienie deski (ale to tylko na dobrym betonie w skateparku)
Najbliższe cele:
1. manual (na razie to takie irytująco nieskuteczne podrygi)
2. shove it w ruchu
3. normalnie wyglądające ollie
4. jeżdżenie na mini rampie od końca do końca
5. zjeżdżanie z krawężników