piątek, 9 czerwca 2017

Dzień 22: coraz szybciej!

Jak na osobę, która próbuje nie przejmować się cudzym zdaniem, okazuję się być zaskakującym tchórzem w kwestii skateparków. Niby wiem, że każdy kiedyś zaczynał, a jeżdżący wymiatacze mają w dupie to, co się robi, czy raczej - czego się robić nie udaje - ale i tak koncepcja wizyty w skateparku w pojedynkę i to w dodatku w godzinach szczytu (a niestety tylko takie wchodzą w grę) wywołuje u mnie ucisk żołądka większy niż odczuwana przeze mnie żądza dobrego betonu. No i jeszcze ta nieunikniona różnica wieku w zestawieniu z co najmniej połową skejtowego środowiska…

Efekt? Byle pretekst jest dobry, żeby do skateparku nie pojechać. Ostatnio powodem numer jeden jest “doskonalenie jazdy”, tak więc dzień 22 upłynął mi pod hasłem odpychania i jeżdżenia na switchu. Aaron Kyro (skejt, instruktor i scjentolog w jednym) twierdzi, że swobodne czucie deski wypracowane w oparciu o wiele godzin zwykłego poruszania się na niej jest kluczowe i skandalicznie często ignorowane, postanawiam więc się do mądrej rady zastosować i cisnę odpychanie. Po drugim dniu na Polu Mokotowskim mam już ustaloną i podzieloną na kawałki trasę: każdy taki kawałek przejeżdżam najpierw na swoją nogę, a potem zmiana - aż do bólu mózgu.


No właśnie, mózg się buntuje, ale powoli temu szaleństwu ulega, wespół zresztą z oswajającym się z całą sytuacją ciałem. Po każdej takiej sesji na switchu jestem w stanie jechać coraz szybciej po przesiadce na swoją stronę, poprawia się też sama płynność odpychania. Udało mi się na przykład rozpędzić na tyle, żeby wyprzedzić co bardziej opieszałych (czytaj: początkujących) rolkarzy, więc kolejny cel to zmierzyć się z kimś, kto potrafi na desce zapierdalać. A potem mu dorównać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz