środa, 14 czerwca 2017

Dzień 28: ollie nie boli (chyba że duszę)

Udało mi się wyrwać do skateparku w środku dnia w nadziei, że spotkam tam co najwyżej kilka dzieciaków na hulajnogach - niestety. To niesamowite, że niemal za każdym razem, kiedy się tam w końcu pojawię, trafiam na niemal zupełnie nowy skład kolejnych wymiataczy i pierwsze 15 minut zmuszona jestem niezmiennie poświęcać na przekonywanie się, że mój brak skilla nie ma tak naprawdę znaczenia, a każdy jest tu mile widziany (a jest?).

Plan był taki, żeby zmierzyć się z blokadą dnia poprzedniego i nauczyć wykrętek na rampie, unikając jednocześnie lądowania na lewym spuchniętym biodrze. Ale jak tu się przełamać i nie załamać, jeśli jedyne, co mam w głowie, to “byle nie upaść, byle nie upaść, byle nie upaść”, a nie - “umiem to zrobić i to zrobię!”? Więc nie zrobiłam. Do tego nabawiłam się kolejnych dorodnych siniaków na kolanach, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach coraz bardziej bolesnych prób dałam za wygraną w nadziei, że jutrzejsze nauki za rękę pomogą mi to sobie poukładać w głowie na nowo. 

Z rzeczy miłych: odnotowałam dalszy progres w kwestii manuala. Kilka razy udało mi się przez dłuższą niż wcześniej chwilę gładko płynąć w stanie pozornej nieważkości i było to po prostu wspaniałe! W końcu zaczynam robić użytek z rąk i bardziej aktywnego balansu resztą ciała, pozostaje jeszcze popracować nad zachowaniem kolan (podpatrzone: muszą się ruszać do przodu i do tyłu!). 


Na deser (alias dobitkę) zabrałam się za trenowanie ollie. Jeśli chodzi o lądowanie, skuteczność skoczyła tutaj do 90%, w ruchu również nie jest najgorzej, bo udaje mi się trafić w deskę w granicach 80% przypadków, niestety sam lot bardziej przypomina tutaj zagubiony podryg lub skok, który w ostatniej chwili się po prostu rozmyślił. Próbuję sobie jak najczęściej wyobrażać konieczną sekwencję ruchów i wiem, że pociągnięcie deski nie może nastąpić za wcześnie, ale jeszcze nie potrafię tego oddzielić. No i tak to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz