środa, 21 czerwca 2017

Dzień 33: pierdolona magia

Jedną z rzeczy, która ekscytuje, przeraża, a przy tym wszystkim uzależnia mnie najbardziej, jest przekraczanie własnych barier. Weźmy na przykład mój lęk przed zjazdami ze stromych wzniesień (no dobrze - takich, które mi się strome wydają). Stoję na szczycie, patrzę w dół, dusza i kiszki błyskawicznie zwijają mi się w rulonik, och, jak bardzo chciałabym mieć to już za sobą, czy będzie gleba, ja chyba tego nie czuję, strach ma coraz więcej pozwijanych kiszek, potrzebuję czasu, żeby się zebrać, rusz się, nie, muszę mieć pewność, że jestem gotowa, co ty odpierdalasz, może jednak zejdę, nie bądź frajerką, jadę, nie, kurwa, teraz to już muszę, aaaa!!! 


Tak było podczas pierwszej próby. Kilkanaście zjazdów później, każdy nieco mniej traumatyczny od poprzedniego, i nagle gdzieś cały ten napompowany lęk pęka jak balonik, a ja czuję się w zasadzie… komfortowo. Wystarczy tylko i aż chcieć się przełamać. I nie zrezygnować. Bełkot czy nie, to jest po prostu pierdolona magia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz