niedziela, 18 czerwca 2017

Dzień 30: na przeczekanie


Już zdążyłam się nauczyć, że są takie dni, kiedy nic nie wychodzi i albo można się wkurwić, obrazić na świat, a na koniec w dodatku zrobić sobie krzywdę, albo zaakceptować ten stan i spróbować z niego wyciągnąć jak najwięcej. Tym razem udało mi się nie ulec frustracji i po prostu skupić się na kontynuowaniu żmudnych nauk manuala w myśl zasady “lepiej zrobić trochę czegoś małego niż zrobić nic czegoś spektakularnie dużego”. 
W efekcie jeżdżenia w tę i we w tę - a uczciwie w tym miejscu przyznajmy, że mowa o jeździe bez większego przekonania - parę razy zdołałam podnieść wyżej niż dotychczas deskę i dzięki temu po raz kolejny lekko zrekalibrować mózg w kierunku właściwego ustawienia. Przyjmuję ten jakby-sukces bez szemrania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz