poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dzień 23, 24, 25: coraz więcej siniaków


Dzień 23: anty-lansu na Polu Mokotowskim ciąg dalszy. Jazda na switchu staje się coraz pewniejsza, a nieskażone przerwą sekwencje - dłuższe. Niestety skutkiem ubocznym - poza satysfakcją i czymś na kształt przyjemności, która nieśmiało wypiera poczucie niehalo - jest ból w podbiciu lewej stopy. Stopa w przeciwieństwie do mózgu źle znosi codzienne i coraz bardziej przedłużające się sesje balansowania na kawałku drewna na kółkach. Cóż, każdy skejt jest podobno masochistą, powtarzam więc w myślach “pain is temporary…” i jazda.

Dzień 24: czwarta lekcja z Konradem przynosi pierwsze udane (ale też sporo nieudanych, wiadomo) próby wykrętki na bardziej stromej powierzchni. W tym miejscu pragnę po raz kolejny podziękować sprzedawcy za przekonanie mnie do zakupu ochraniaczy: wyglądają chujowo i czuję się w nich jak skończona frajerka, ale przynajmniej nie boję się próbować. I przewracać. Przewracać. A potem przewracać jeszcze więcej. Za każdym razem, kiedy podjeżdżam pod rampę, subiektywnie rozpędzona w chuj i ze świadomością, że tu nie ma czasu na wahanie czy analizy, bo jak nie odwrócę się od razu, to już nie odwrócę się wcale, a do tego będzie pewnie gleba, siniaki i ból, doznaję mieszanki strachu, ekscytacji i antycypacji, a jeśli manewr się uda - dochodzi do tego także wystrzał serotoniny, adrenaliny, endorfin i jedynego w swoim rodzaju poczucia “fuck, yeah!”. Dlatego właśnie chcę jeździć na desce, dlatego kocham wspinanie, po to w ogóle wychodzę rano z łóżka. Tylko dlaczego uświadomiłam to sobie dopiero po 30-tce?!

Dzień 25: Dzień wcześniej wystartowałam w biegu firmowym. Wyśrubowałam życiówkę, fajnie, w klasyfikacji ogólnej kobiet znalazłam się na 98. miejscu na ponad 800 uczestniczek, jeszcze fajniej, ale brak biegowego przygotowania oraz należytej ilości snu post factum pozostawił moje mięśnie w stanie opłakanym, żeby nie powiedzieć - płaczącym. Płakać chciało mi się zresztą również na myśl o wyjściu na deskę, bo masochista miał dzień restowy, ale wtedy drugi bieg wrzuciła niezmordowana determinacja (a może absurdalny upór?). A zatem wyszłam i to rozjeździłam. Udało mi się nawet poczynić nieznaczne postępy w kwestii manuala, jest to jednak bardziej “pociecha w obliczu braku sukcesów” niż faktyczne osiągnięcie. Ponadto stłukłam sobie lewy łokieć, obiłam lewe biodro (z opuchlizną włącznie) i zdobyłam kolejne siniaki. Powoli zamieniam się w człowieka auto-demolkę. 

PS W bonusie udało mi się zrobić mój pierwszy w życiu przysiad na trickboardzie. Jaram się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz