środa, 30 sierpnia 2017

Dzień 100: luźniejsze trucki

Z okazji deskorolkowej studniówki (niby to niewiele, a z drugiej strony - nie pamiętam już, jak to było, kiedy na desce nie jeździłam w ogóle) postanowiłam wreszcie poluzować nieco trucki. Poza samym wzięciem się za jazdę, wymianą deski na taką z szerszym blatem oraz rozpoczęciem nauk z Konradem była to czwarta spośród najlepszych decyzji, jakie w ciągu ostatnich trzech miesięcy podjęłam byłam w temacie #skateordie.

Co się zmieniło :
- wygodniejsze skręcanie
- obniżony poziom wejścia na wylądowanie tricku
- łatwiejsze wykrętki (!)
- więcej przyjemności z jazdy


A na tablicy pochlebstw ląduje informacja, że po rzeczonej wymianie trucków odważyłam się po raz bardzo pierwszy w życiu na zrobienie dropa BEZ OCHRANIACZY. I pizganie wykrętek na quarterze. I próbowanie 50-50 na Barcelonie. I ani razu się nie przewróciłam. I już sobie stąd idę.

PS Filmik ilustrujący moje pierwsze kroki z dnia bodajże trzeciego:


Dzień 99: shove it na przeszkodzie ciąg dalszy

Spędziłam dobre półtorej godziny, próbując zrobić shove it na piramidzie i odjechać. Szału nie ma, jest za to bilans:

* 2 razy otarłam się tylną nogą o deskę podczas próby lądowania
* 1 raz wylądowałam obiema nogami na desce, ale błyskawicznie straciłam równowagę i upadłam
* mniej więcej w połowie zmodyfikowałam timing obrotu za radą postronnego obserwatora
* nie jest, kurwa, łatwo

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Dzień 97: shove it na przeszkodzie

Robi się poważnie: dziś Konrad zarządził shove it na przeszkodzie! Wszystko już wiem i nawet prawie wszystko wykonuję poprawnie (scoop działa nieco inaczej niż na flacie), pozostaje tylko wylądować tylną nogą. Tylko… Niby głowa by chciała, ale ciało uparcie buntuje się i w ostatniej chwili nogę cofa, bo lądowanie na fakie na desce, która zaraz zacznie zjeżdżać, jest potencjalnie brzemienne w siniaki i opuchnięcia. A jestem już tak blisko! Kilka razy udało mi się otrzeć nogą o deskę i upojną satysfakcję, wciąż jednak brakuje tego ostatecznego impulsu. Klasyczne “chciałabym, ale się boję”. 

A skoro o siniakach i opuchnięciach mowa, po upływie niemal 4 tygodni znowu dupnęłam prawym biodrem o beton. Na szczęście miałam na sobie ochraniacz, a impet poszedł częściowo w łokieć i kostkę, opuchlizna jest zatem mała, a ból do zniesienia. O dziwo, pomimo upadku tego dnia odważyłam się jeszcze na nieporadne próby rock to fakie i choć nie udało mi się przejść od etapu dwóch rąk do ręki jednej (pamiętajmy, że to minirampa na Wrocławskiej), jestem mimo wszystko zadowolona i niestraumatyzowana.

Dzień 96: treściwe półtorej godziny


Na tym etapie wciąż jeszcze wypada mi robić średnie ollie, nie umieć kickflipa i raz trafiać z shovitem, a raz nie, ale na pewno nie wypada już nie umieć manuala. Traktowany od dłuższego po macoszemu trick pozwolił mi dzisiaj nieco się do siebie zbliżyć, kiedy to po upływie obficie zroszonej potem pół godziny zaczęłam desperacko kombinować i jakby coś tam (w swoich mięśniach głębokich) czuć. Ale tak naprawdę nadal wiem, że nic nie umiem, cogito ergo nie ogarniam, ora et wielka frustrora i takie tam.

Dzień 95: kij od szczotki - dalszy ciąg


Dziś poczułam zew, żeby ponownie przetestować skok przez kij od szczotki. Najpierw szło nieźle (czytaj: przynajmniej nie rozrzucałam nóg w trakcie lotu), następnie udało mi się przeskoczyć przez rzeczoną szczotkę kilka razy (bez większego problemu!), potem zaczęłam mieć problemy z utrzymaniem obu nóg na desce po wylądowaniu, a na koniec… coś się zesrało i już nie odesrało aż do końca wieczoru. Słowem, zapadka się zamknęła i tej pani nie obsługujemy. Na otarcie łez ćwiczę shovity, tutaj w końcu zaczyna mi to coraz cześciej wychodzić w pełni prosto.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Dzień 92: Pierwsze ollie przez przeszkodzę


Dzień, w którym przeskoczyłam przez kij od szczotki, wydałam z siebie radosny pisk, a na koniec zainicjowałam próby frontside 180 w ruchu (za radą jednego z obecnych w skateparku skejtów).

Dzień 91: fakie frontside shove it

Sukcesów ciąg dalszy: dziś zaczął mi wreszcie wychodzić fakie frontside shove it! Ba, tak się rozkręciłam, że na koniec zajęć trick udawał mi się prawie w każdej próbie. 
Po drugie, po przeżyciu olśnienia oraz następującego po nim załamania w związku z rock to fakie przemogłam się na tyle, żeby uskuteczniać próby już nie za dwie, a za jedną rękę, i to nawet wtedy, kiedy deska wchodzi głęboko za coping.

A po trzecie, pokonałam uraz po ostatnim bliskim spotkaniu 3 stopnia biodra z betonem i zaczęłam się uczyć wykrętki nollie backside (z okazjonalnie udanym rezultatem). Owocny weekend, zajawka is strong with this one.

Dzień 90: skok na przeszkodę

Ku swojej wielkiej radości i jeszcze większemu zaskoczeniu udało mi się wskoczyć na minirampę z ziemi, czyli zrobić ollie w miejscu (równolegle do wzniesienia), a w konsekwencji znaleźć się 15 centymetrów wyżej oraz dobre 50 centymetrów bardziej do przodu. A teraz pozwolę sobie jeszcze raz się podniecić: WSKOCZYŁAM NA PRZESZKODZĘ, JA PIERDOLĘ!!!

W bonusie przełamałam strach przed acidem dropem z obiektu o wdzięcznej nazwie “Barcelona”. Nie jest jeszcze tak, że udaje mi się wylądować za każdym jednym razem, ale będzie tego co najmniej 6/10.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dzień 88: pomimo niewyspania jest nie najgorzej

Eksperymentowania z frontside 180 ciąg dalszy: dziś zaczynam już lepiej panować nad lądowaniem, pora zatem nauczyć się mocniej przekręcać.


I choć shove it akurat kaprysi, na pociechę udało mi się zrobić wykrętkę wysoko na quarterze w pierwszej próbie, a ponadto w końcu ładnie wylądować (uginając pewnie nogi) po zjechaniu z manual pada. Czas podnieść poprzeczkę i to dosłownie: w weekend przenoszę się na wyższy podest!

Dzień 87: progres z frontside 180


Są takie dni, kiedy nie wychodzi nic, a są - na szczęście (!) - i te, gdy zapadka w głowie robi magiczne “pyk” i nagle udaje się coś nowego. Zrobiłam połowę frontside 180 w miejscu i wylądowałam. Kilka razy! Kluczem jest nieskupianie się na ramionach i myśl przewodnia: “pamiętaj, że chcesz wylądować przekręcona”. Problemem, prócz niepełnego przekrętu, jest póki co fakt, że tylna stopa ląduje za bardzo na tailu, przez co w większości przypadków od razu spadam, ale dziś to zupełnie nie szkodzi, żeby się jarać. Otóż dokonałam poważnej zmiany na swoim mózgu, a to dopiero początek!

Dzień 86: nowe tricki dla Moniki

Garść nowości do wdrażania od Konrada, czyli szybkie podsumowanie:

frontside 180 - było zgodnie z przewidywaniami, czyli kiedy próbuję zarzucać ramiona i się przekręcać, nie robię popa
no-comply 180 - trudność sprawia mi poprawne przekręcenie deski, o zsynchronizowaniu tego ze zdjęciem nogi nawet nie wspominam
heelflip - coś mi mówi, że łatwiej będzie mi się najpierw nauczyć kickflipa, zupełnie nie czaję tego wyrzucania nogi
fakie frontside shove it - tutaj zdecydowanie poszło mi najlepiej, czyli jestem w stanie wykonać trick, trzymając się barierki, parę razy udało mi się również wylądować w ruchu, trzymając Konrada za rękę; niestety samodzielne próby sprowadzają się do tego, że nie ląduję tylną nogą, bo ciało - na przekór mózgowi - upiera się, że wyskoczenie do tyłu i “szukanie deski stopą” jest straszne, w efekcie czego noga nie skacze wcale. Tak czy owak jest w tym tricku coś strasznego i dziwnie pociągającego zarazem, będę go zatem codziennie próbować (katować, testować - i się nie frustrować)!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Dzień 85: 50-50


Nauczyłam się robić właściwe, czyli odpowiednio głębokie 50-50. Pod kątem 90 stopni! NIe ma w tym jeszcze 100% skuteczności, ale wreszcie wiem, na czym polega wskakiwanie truckami na coping. I jest to niezwykle przyjemne!

Dzień 83: tail stall

Rock to fakie, podobnie jak i shove it, to trick, z którym jesteśmy w love hate relationship - z naciskiem na jedno lub drugie w zależności od dnia. Dziś był zdecydowanie dzień miłości. Najpierw poprawiłam swoje shove it, a następnie zrozumiałam empirycznie rock to fakie: nie wjeżdżam w całości na coping, wysuwam deskę spod siebie, a potem ją wyciągam. Niby wszystko jasne, ale kiedy nie robię tego z pomocą obu (!) rąk Konrada, nie potrafię uwolnić deski zza copingu i spadam. 

Tak czy owak czuję przełom, a jeśli do tego dołożyć pierwsze udane próby tail stall (ponownie: za ręce), to naprawdę jestem zadowolona z dzisiejszej lekcji. 

Dzień 82: przepis na upały

Przepis na upały jest prosty: przykręcasz miękkie kółka, zabierasz dużo wody, zakładasz jak najmniej ubrań, a potem jeździsz, gdzie popadnie, i dopóki nie padniesz na ryj.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzień 81: miękkie kółka


Dwa słowa: miękkie kółka! Miękkie kółka zostały dziś zakupione, przykręcone oraz przejeżdżone na Stadionie. Plan jest taki, żeby jeździć więcej po mieście, a potem zmieniać kółka na potrzeby skateparku. Póki co jestem urzeczona komfortem jazdy, a zarazem pełna obaw, czy miękkie nie popsują mojej jazdy na twardych. Tak czy owak - skate or die!

Dzień 80: znowu upały


Zdążyłam się już nauczyć jednego: moja umiejętność zrobienia dobrego ollie jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości temperatury. A że dzisiaj nastał powrót upałów… Za sukces dnia uznaję to, że coraz lepiej dociskam deskę podczas drop ina. Resztę przemilczę.

środa, 9 sierpnia 2017

Dzień 79: skoki przez szczotkę

Ollie wychodzą mi coraz lepiej, a to oznacza jedno: pora w końcu zacząć pracę nad prawdziwymi skokami! 
Próbowałam robić ollie przez kratkę, ale kratka ma jedną podstawową wadę, a właściwie dwie: ja nie widzę, czy ją przeskoczyłam, ona natomiast jest zupełnie płaska, a jak wiadomo, bez wysokości nie ma przyjemności (ani też obsrania i wyzwania). Czas zatem na szczotkę do usuwania wody! 

Kij od rzeczonej szczotki ma kilka centymetrów średnicy i jest na tyle długi, że nie sposób w niego nie trafić. Niby nic i fajnie, bo moje ollie niekiedy sięgają podobno nawet i 20-30 centymetrów, tym niemniej próby przeskoczenia przez przeszkodę przełączają mi zapadkę w mózgu na “danger, danger” i chuj - nic nie idzie jak powinno. 

Problemów jest kilka, pojawiają się w różnych kombinacjach:

1. za późno się wybijam i wjeżdżam w szczotkę
2. wybijam się za wcześnie, więc choć skok jest, to przeskoku nie ma
3. jadę za wolno, a podobno przez to właśnie nie udaje mi się poszybować nad szczotką również tylnymi kółkami
4. jadę za szybko, przez co boję się wylądować i w trakcie ollie po prostu zeskakuję z deski (przy okazji nią flipując)

5. bonusowo - całość wygląda dużo gorzej niż kiedy po prostu próbuję ollie w jeździe, bo wszystko dzieje się szybko i nieskładnie

Dzień 78: dwa małe przełomy


Konrad zwrócił mi uwagę na kilka istotnych detali, które przeszkadzają mi w osiągnięciu satysfakcjonującego poziomu ollie i shovita.

Ollie: 
- za mało przekręcam kostkę do draga w trakcie ollie, przez co deska się nie przykleja
- za bardzo skręcam ramiona, przez co ląduję krzywo

Shovit: 
- źle ustawiam tylną stopę
- niewłaściwie kręcę deską (ma być efekt szurania), w efekcie czego za bardzo ją wyrzucam do przodu, a celem jest pozostanie w tej samej linii
- próbuję lądować obiema stopami jednocześnie, podczas gdy przednia noga powinna spaść pierwsza i wyłapać deskę
- w momencie próby lądowania COFAM PRZEDNIĄ NOGĘ

Wdrażam.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Dzień 77: carving


W końcu zmierzyłam się ze zjazdem spod Stadionu Narodowego. Najpierw od połowy, potem stopniowo wydłużałam start za każdym podejściem o metr-dwa, aż w końcu przejechałam całość i nie wypierdoliłam się ani razu. I podobało mi się! Jest coś hipnotyzującego w sunięciu szybko w dół i balansowaniu z jednej strony na drugą - trochę jakbym unosiła się nad ziemią. Mam też wrażenie, że wyraźnie lepiej poczułam deskę, bardzo jestem ciekawa, czy się to jakkolwiek przełoży na lepsze próby tricków. 

Dzień 76: pumptrack


Pierwsza wizyta na pumptracku odhaczona, choć pumptrack jako taki niestety niezaliczony. Nie umiem się rozpędzić i nie bardzo wiem gdzie zacząć - ale przynajmniej odważyłam się spróbować na oczach pijanego tłumu w sobotnią noc i zrobiłam to bez ochraniaczy, będąc zasadniczo obsraną i nierozgrzaną.

Dzień 75: skok w bok


Przyznaję, temat half-caba leży odłogiem i napawa mnie niezmienną konsternacją, ale czasem krok do przodu wymaga uprzedniego kroku w bok. No to chodzę tam i siam: cyzeluję dropy (ma być huk!), cisnę ollie (czasem udaje się już zrobić właściwy drag, wtedy deska tak przyjemnie się przykleja do stóp), oswajam się z acid dropem tak, żeby docelowo było to po prostu normalne, a ponadto postanowiłam zainwestować więcej energii w nauki frontside kickturn (coś się ruszyło!). I tylko ten pierdolony fakie shove it znowu zaczął mnie wkurwiać, bo przestał się udawać. Da fak?

piątek, 4 sierpnia 2017

Dzień 74: half-cab (czy raczej - jego brak)

Konrad uznał, że to już czas, żeby rozpocząć nauki w kierunku half-caba (fakie frontside 180). Ja sama również do takiego wniosku doszłam zupełnie niezależnie, więc bomba. I zaczęło się...Wystarczy zarzucić ramiona, zrobić ollie, a potem, w razie potrzeby, jeszcze dokręcić. Niestety mnie to przerasta. Gdy tylko zaczynam się skręcać, przestaję być w stanie zrobić pop. Kiedy jestem w stanie zrobić pop, nie umiem się ustawić do skrętu. $@$@#Q%$@#!!!

Zasadniczo zarówno mózg, jak i ciało zupełnie mi głupieją - jak wtedy, kiedy zaczynałam jeździć po raz pierwszy na fakie. Tu jest o tyle gorzej, że trzeba skoordynować dwie dziejące się zupełnie niezależnie rzeczy. Dodatkowo dochodzi lęk przed upadkiem na biodro (nadal się goi) i jakieś takie rozedrganie ogólne, które jest wypadkową sobotniego zderzenia z betonem, niezmiennie napierdalających Afryką upałów oraz PMS.

środa, 2 sierpnia 2017

Dzień 72, 73: gorąco

Jest tak gorąco, że mi się wszystkiego odechciewa. Czuję się jak kawał szkła na kółkach (wielka, niezborna, sztywna i ciężka), który próbuje robić ollie, ale tak naprawdę to się boi, że zaraz spadnie i rozbije się w drobny mak.

I coś tu chyba jest faktycznie na rzeczy, skoro o 19-tej w skateparku nie ma (jeszcze?) nikogo - nawet psa z kulawą hulajnogą. Po dwudziestu kilku minutach walki z samą sobą ogłaszam kapitulację i wracam do domu. Z tak zapraszająco pustego skateparku. Ja!