W końcu zmierzyłam się ze zjazdem spod Stadionu Narodowego. Najpierw od połowy, potem stopniowo wydłużałam start za każdym podejściem o metr-dwa, aż w końcu przejechałam całość i nie wypierdoliłam się ani razu. I podobało mi się! Jest coś hipnotyzującego w sunięciu szybko w dół i balansowaniu z jednej strony na drugą - trochę jakbym unosiła się nad ziemią. Mam też wrażenie, że wyraźnie lepiej poczułam deskę, bardzo jestem ciekawa, czy się to jakkolwiek przełoży na lepsze próby tricków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz