Robi się poważnie: dziś Konrad zarządził shove it na przeszkodzie! Wszystko już wiem i nawet prawie wszystko wykonuję poprawnie (scoop działa nieco inaczej niż na flacie), pozostaje tylko wylądować tylną nogą. Tylko… Niby głowa by chciała, ale ciało uparcie buntuje się i w ostatniej chwili nogę cofa, bo lądowanie na fakie na desce, która zaraz zacznie zjeżdżać, jest potencjalnie brzemienne w siniaki i opuchnięcia. A jestem już tak blisko! Kilka razy udało mi się otrzeć nogą o deskę i upojną satysfakcję, wciąż jednak brakuje tego ostatecznego impulsu. Klasyczne “chciałabym, ale się boję”.
A skoro o siniakach i opuchnięciach mowa, po upływie niemal 4 tygodni znowu dupnęłam prawym biodrem o beton. Na szczęście miałam na sobie ochraniacz, a impet poszedł częściowo w łokieć i kostkę, opuchlizna jest zatem mała, a ból do zniesienia. O dziwo, pomimo upadku tego dnia odważyłam się jeszcze na nieporadne próby rock to fakie i choć nie udało mi się przejść od etapu dwóch rąk do ręki jednej (pamiętajmy, że to minirampa na Wrocławskiej), jestem mimo wszystko zadowolona i niestraumatyzowana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz