Strefa komfortu jest miła, wygodna, bezpieczna, do porzygu nudna, a im dalej w starość, tym trudniej się stamtąd wydostać choćby na chwilę. Więc biorę deskę i nagle ląduję gdzieś poza, tam gdzie serce napierdala, ciało zastyga, a w myślach pulsuje jedynie: “boję się jak ja pierdolę”. To najstraszniejszy i najwspanialszy moment jednocześnie, czarna euforia, czyste elan vital.
Tym razem dobre 10 minut zajęło mi zebranie się w sobie na tyle, żeby odważyć się na zjazd po torze do pompowania w Hangarze 646. Niby chcę, niby wiem, że jestem w stanie zjechać i nie umrzeć, a potem będę się z tego ekstatycznie śmiać, ale tu i teraz nogi nie potrafią się ruszyć choćby i o przysłowiowe 16 centymetrów.
Godzę się z myślą, że tym razem odpuszczę i to też będzie ok, bo czasem odpuścić można, ale wtedy przychodzi ożywcze wkurwienie. Jakie ok?! Bierzesz wdech, odpychasz się i najwyżej po raz kolejny się przewrócisz, noł bigi!
Za pierwszym razem zjeżdżam kawałek i zeskakuję: jest za szybko, nie ogarniam! Za drugim razem docieram dalej, ale impet zrzuca mnie z deski sam. W trakcie trzeciej próby pokonuję cały początkowy łuk, zaczyna mi się to jakby podobać, tym niemniej wciąż jeszcze wymiękam tuż po podjeździe. Pół godziny później i już myślę tylko o tym, jak by tu się rozpędzić na maksa, a potem przejechać jak najdłuższy odcinek na fakie, bo nie ma nic lepszego na świecie niż zamienić przerażenie w zajawkę!
PS Jaram się muldami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz