Zastanawiam się, o czym właściwie świadczy fakt, że na zajęciach z Konradem radzę sobie niezmiennie lepiej niż kiedy jestem pozostawiona samopas. Niepewność? Brak odwagi? A może chodzi po prostu o to, że kiedy ktoś mówi mi, że mam coś zrobić, to najzwyczajniej w świecie robię i nie ma, że “nie wiem”, "dziś nie mam siły" albo “jeszcze za mało umiem”?
Dzisiejszy dzień upłynął pod hasłem “rock to fakie” (i pompowania! *). Do tej pory rzeczony manewr wydawał mi się nieco stresujący. Zupełnie instynktownie przechylałam się do przodu w chwili, gdy deska zaczynała pionowo wjeżdżać na blachę, co oczywiście wprawiało ją w jeszcze szybszy ruch, mnie wyrzucając przy okazji do tyłu. Kilkadziesiąt prób później i chyba zaczęłam to czuć. Sekret podobno polega na tym, żeby… nie robić nic. Wjechać, wytrzymać i zjechać, unikając przechylania czy przebierania nogami. Kilka razy udało mi się to wykonać samodzielnie!
Niestety perspektywa przeprowadzenia tej operacji bez Konrada stojącego obok, który to w razie czego skutecznie uchroni me biodra przed dalszym obijaniem się, póki co napawa mnie przerażeniem. Cóż, kolejna bariera, kolejne wyzwanie, do ogarnięcia w poniedziałek?
W temacie barier: coraz bardziej oswajam się ze zjazdem, po którym mam pamiątkę w postaci wielkiego czarnego krwiaka na prawym biodrze (patrz: “czysty masochizm”). Pierwsze podejście w danym dniu jest jeszcze nieco straszne, ale straszność powoli ustępuje na rzecz przekonania, że ogarniam. Po prostu. Powoli zaczynam też pokonywać wykletą wykrętkę, choć tutaj nadal stosunek prób udanych do nieudanych jest przerywany. No i ollie… Chyba się sfrustrowałam. Podskakuję jak kulawa suczka i zupełnie nic z tego nie wynika. Jak wybijać tę tylną nogę, do chuja?!
* Przerwałam w momencie, gdy stoper pokazywał 4:10, a mnie nogi już odmawiały posłuszeństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz