Specjalnie wstałam o godzinę wcześniej niż zwykle, żeby (oby) uniknąć po południu tłumów w skateparku, a wszystko w celu zrobienia dropa i zmycia niesmaku z dnia poprzedniego. Od ostatnich prób (tych jeszcze z Konradem) minęły 3 dni, więc początkowa antycypacja zdążyła się już oczywiście przekształcić w strach. Czy jeszcze w ogóle pamiętam, jak to się robi? A jeśli przechylę się za mało - jak to już wcześniej bywało, gdy upłynęło zbyt wiele dni pomiędzy próbami - a potem będzie boleć jak sam szatan? Może lepiej zaczekać na Konrada i nie kusić losu? Gówno!
Już w drodze na Potocką mam miękko w kolanach i twardo w żołądku i prawie chcę, żeby na miejscu znalazły się dzikie tłumy - wówczas bez wyrzutów będę mogła odpuścić - ale zastaję mało ludzi, mało kałuż, trzeba będzie zatem cisnąć! Trochę podskoków, jakieś przymiarki do manuala (naprawdę widzę postęp!), delikatne wykrętki, zjeżdżam z banka, próbując manuala na piramidzie, ale myślami jestem oczywiście cały czas przy dropie. Mija pół godziny, już czas. Wlazłam na quarter, ustawiłam deskę, serce wali, jest mi słabo. Chłopak obok uśmiecha się, jakby chciał mi dodać otuchy, nieśmiało przyznaję, że trochę się boję, a on już jest po drugiej stronie. No to w końcu i na mnie pora… Rany boskie, nie spodziewałam się takiego rozdygotania i tyle adrenaliny!
Na razie większość zjazdów jest jeszcze dosyć niepewna. Rzadko kiedy ląduję prosto i gładko, mam wrażenie, że za mało dociskam deskę. Ale chyba wreszcie odczarowałam drop na tyle, żeby próbować z Konradem czy bez, przy ludziach czy bez, po przerwie czy bez, więc czekam na tę chwilę, gdy stanie się to dla mnie po prostu naturalne - jak zjazd z banka, który przecież jeszcze kilka tygodni przyprawiał mnie o palpitację (i obite biodro).
Na froncie shove it bez zmian.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz