Dzień 50 upływa pod hasłem “przełamywanie strachu: level hard”. Dzieją się dwie ważne rzeczy: po pierwsze, udaje mi się zjechać na fakie z ulubionego przez moje biodra banku, i to przejeżdżając przez górną krawędź. Robię chyba z 7 podejść (a właściwie - zeskoków z deski w kluczowym momencie), zanim w końcu się przełamuję, ale kiedy już się odważam, sam zjazd okazuje się nie być taki straszny, a już na pewno znacznie przyjaźniejszy niż rock to fakie.
Po drugie, chyba wreszcie zaczynam rzeczone rock to fakie kumać nie tylko głową, ale też ciałem. Mówię “chyba”, bo tak naprawdę testem ostatecznym będzie zrobienie tego bez stojącego obok Konrada. Tym niemniej bilans wygląda tak, że po młóceniu tego przez prawie 20 minut w formule “najpierw za rekę do podjazdu, potem za rekę do zjazdu, potem łapanie się Konrada tylko w chwili utraty równowagi, a na końcu już po prostu sama” poczułam się pewniej, zaczęłam zjeżdżać bardziej równo (tracąc mniej prędkości), a do tego coraz częściej udaje mi się złapać równowagę nawet wtedy, gdy na chwilę ją tracę w momencie przejechania przez coping. Przełom?
Na zakończenie zaczęłam pisać, czego się boję w związku z dniem jutrzejszym, ale po namyśle skasowałam - przecież ogarnę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz