Zaczęło się od niemrawych shove itów na Wrocławskiej (na marginesie: póki co nawierzchnia robi irytująco dużą różnicę) oraz próbie wskoczenia z miejsca na minirampę, a skończyło na... katowaniu heelflipa i kickflipa!
To w sumie zabawne, że od zupełnie nieklejącego się ollie przeszłam do zaskakująco dobrze wychodzącego jak na brak doświadczenia prawie-heelflipa. Piszę “prawie”, bo wiele razy udało mi się wylądować na grafice deski, a w kilku przypadkach obrót pewnie nawet doszedłby do końca, niestety za wcześnie spadałam, blokując przekręt deski i tyle z tego. W każdym razie wygląda na to, że prędzej nauczę się kręcić pod sobą deskę i na niej lądować niż wskakiwać na przeszkodę o wysokości 20 centymetrów. Trochę smutno, ale i tak się jaram!
W sprawie kickflipa też postęp, a zarazem cel na następny raz, czyli: wylądować na grafice. Na koniec sesji lało się ze mnie jak po dobrym cardio i to pomimo niskiej temperatury. Lubię!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz